niedziela, września 04, 2005

Dlaczego Montezuma nie podbił Europy

rzeczpospolita 3/9/2005
http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_050903/plus_minus_a_7.html

Dlaczego Montezuma nie podbił Europy

Pytanie brzmi: dlaczego ludzkość na różnych kontynentach podążyła tak odmiennymi drogami rozwoju? Dzięki biologii molekularnej, genetyce, biogeografii, archeologii i lingwistyce możliwa stała się zupełnie nowa, zaskakująca synteza naszej wiedzy

(c) ANDRZEJ RUDZIŃSKI

Doskonale wiemy, że to Eurazjaci, a głównie ludy z Europy i wschodniej Azji, zaludniły i zdominowały większość świata dzięki swej sile i bogactwu. Inne ludzkie społeczności, w tym większość afrykańskich, przetrwały, co prawda, okres europejskiej dominacji i nawet zdołały się spod niej wyzwolić, ale nadal ustępują Staremu Kontynentowi potęgą i majątkiem. Los pierwotnych mieszkańców Australii, obu Ameryk czy Afryki Południowej był gorszy - oni nie są już nawet panami własnej ziemi; zostali podbici, ujarzmieni, zdziesiątkowani czy wręcz wymordowani przez europejskich kolonizatorów. Dlaczego tak się stało? Dlaczego to nie rdzenni Amerykanie, Afrykanie czy australijscy Aborygeni podbili - i wybili - Europejczyków i Azjatów?

Pierwsza prefiguracja

Już przed rokiem 1500 (to wtedy mniej więcej rozpoczęła się europejska ekspansja zamorska) stopień rozwoju technologicznego i organizacja polityczna były na różnych kontynentach bardzo odmienne. Większość Eurazji i Afryki Północnej zdominowana była przez cywilizacje rodem z epoki żelaza, choć niektóre z nich znajdowały się już u progu industrializacji. Natomiast rdzennie amerykańskie ludy, Inkowie i Aztekowie, tworzyły swe imperia korzystając z narzędzi kamiennych i dopiero rozpoczynały eksperymenty z brązem. Część Afryki subsaharyjskiej podzielona była między liczne, głównie plemienne państewka, choć tu również rozpowszechniona była umiejętność wytopu żelaza, ale już mieszkańcy Australii, Nowej Gwinei, wysp Pacyfiku i obu Ameryk (z pewnymi wyjątkami) oraz Afryki Południowej wciąż żyli na poziomie pierwotnych wspólnot rolniczych czy wręcz łowiecko-zbierackich. Na tych obszarach nadal posługiwano się narzędziami kamiennymi.

Nie ulega wątpliwości, że ten obraz roku 1500 stanowi prefigurację nierówności współczesnego świata - ludy dysponujące żelazną bronią podbiły lub poddały eksterminacji plemiona posługujące się narzędziami kamiennymi. Jak to się jednak stało, że świat w roku 1500 był tak zróżnicowany?

Trzeba więc cofnąć się w jeszcze dalszą przeszłość, korzystając zarówno ze świadectw historycznych, jak i z dorobku archeologii. Aż do końca ostatniej epoki lodowej, mniej więcej 11 000 lat p.n.e., wszystkie grupy ludzkie na wszystkich kontynentach charakteryzował podobny, łowiecko-zbieracki tryb życia. Tak silne zróżnicowanie pomiędzy kontynentami musiało zatem nastąpić pomiędzy rokiem 11 000 p.n.e. a rokiem 1500 n.e. Podczas gdy większość mieszkańców zachodniej półkuli i australijscy Aborygeni pozostali w epoce kamienia łupanego, niemal wszystkie ludy eurazjatyckie, a również część rdzennych Amerykanów i plemion Afryki subsaharyjskiej, powoli rozwijały rolnictwo, hodowlę, umiejętność wytopu metali i złożone organizacje społeczne. W jednym z regionów Eurazji i na niewielkim obszarze Ameryki narodziło się też pismo. (Wszystkie te odkrycia pojawiały się zresztą najpierw na kontynencie eurazjatyckim.)

Pytanie brzydkie, ale konieczne

Możemy zatem wreszcie prawidłowo sformułować nasze pytanie o genezę współczesnych nierówności w rozwoju różnych części świata. Oto jak powinno ono brzmieć: Dlaczego w ciągu ostatnich trzynastu tysięcy lat rozwój ludzkości na różnych kontynentach był tak nierównomierny? To zróżnicowanie tworzy najgłębszy wzorzec ludzkiej historii i zarazem stanowi jej największy nierozwiązany problem.

Historycy unikają tego pytania jak zarazy ze względu na rasistowski podtekst, którego nietrudno się w nim doszukać. Wielu (może nawet większość) ludzi uważa, że przyczyny tego stanu muszą tkwić w genetycznym zróżnicowaniu ludzkiej inteligencji, choć nie istnieją żadne naukowe dowody, by takie genetycznie uwarunkowane zróżnicowanie IQ populacji homo sapiens rzeczywiście istniało. Już samo pytanie o to, dlaczego tak odmiennie ułożyły się losy różnych ludów, budzi sprzeciwy, gdyż traktowane jest jako próba usprawiedliwienia tego, co się stało. Tymczasem rozważania nad przyczynami nierówności w rozwoju historycznym służą temu samemu celowi, co historyczne studia nad ludobójstwem, a badacze podejmują je dokładnie z tych powodów,dla których psychologowie zajmują się umysłami morderców i gwałcicieli - nie chodzi o to, by usprawiedliwiać historię, a wraz z nią ludobójstwo, morderstwa czy gwałty, lecz by zrozumieć, jak do nich doszło, i zapobiec im w przyszłości. Jeśli jednak politycznie niepoprawny podtekst postawionego wyżej pytania komuś przeszkadza, to może warto zastanowić się nad tym, dlaczego w potocznym myśleniu dominuje tak wyraźnie rasistowskie wyjaśnienie najgłębszych mechanizmów historii. Otóż przyczyna jest prosta - do tej pory nie dysponujemy alternatywnym, wiarygodnym wytłumaczeniem, a dopóki go nie poznamy, ludzie nadal będą sięgać po hipotezy o wyraźnie rasistowskim rodowodzie.

Stal, konie i zarazki

Zacznijmy od zderzenia Starego i Nowego Świata, które rozpoczęło się wkrótce po podróży Kolumba w 1492 roku.

Wszyscy doskonale znamy opowieści o tym, jak to kilkuset Hiszpanów pod wodzą Cortésa i Pizarra podbiło wielomilionowe imperia Azteków i Inków. Wiemy też (z okrutnymi szczegółami), jak kolejni Europejczycy zdobywali inne obszary Nowego Świata. W efekcie to Stary Kontynent podbił Nowy Świat, a liczebność populacji rdzennych mieszkańców północnej i południowej Ameryki nigdy nie powróciła do poziomu z roku 1492. Dlaczego jednak tak się stało? Dlaczego to Montezuma czy Atahualpa nie poprowadzili swych ludów na podbój Europy?

Niektóre przyczyny są oczywiste. Przewaga militarna umożliwiła kilku tuzinom hiszpańskich jeźdźców łatwe zwycięstwa nad wielotysięcznymi armiami Indian. To jednak zbyt mało. Równie bezpośrednie znaczenie, jak stalowe ostrza i wystrzały z kartaczy, miały przywiezione przez Europejczyków choroby. Ospa i odra zaatakowały indiańskie plemiona szybciej i skuteczniej niż konkwistadorzy i to one doprowadziły do śmierci 95 proc. mieszkańców kontynentu. W Europie choroby te występowały endemicznie od wieków i mieszkańcy Starego Kontynentu mieli czas, by się na nie genetycznie i immunologicznie uodpornić. Indianie tą wrodzoną odpornością nie dysponowali. Ten sam mechanizm - choroby zakaźne przywiezione z Europy - przyniósł śmiertelne żniwo w wielu innych częściach świata: w Australii, Afryce Południowej, na wyspach Pacyfiku.

Warto przyjrzeć się jeszcze jednemu czynnikowi europejskiej ekspansji. Dlaczegóż to bowiem Pizarro i Cortés w ogóle mogli dopłynąć do amerykańskich brzegów, nim azteccy czy inkascy konkwistadorzy zdołali dokonać inwazji na Europę? Tu odpowiedź, przynajmniej częściowo, wiąże się z poziomem rozwoju technologicznego - z posiadaniem okrętów zdolnych do podróży transatlantyckich. Europejczycy je mieli. Scentralizowane organizmy polityczne Europy, monarchia hiszpańska i inne mocarstwa, potrafiły zbudować i wyposażyć takie jednostki, Aztekowie ani Inkowie nie. Równie ważną rolę odegrało pismo - to dzięki niemu dokładne mapy, opisy tras i informacje od pierwszych odkrywców mogły trafić z powrotem do Europy, zostać tu rozpowszechnione i stać się dla następców zachętą, by podążyli ich śladem.

Zidentyfikowaliśmy zatem trzy ważne kategorie bezpośrednich czynników europejskiego podboju Nowego Świata - po pierwsze, posiadanie okrętów, organizacji politycznej i pisma; po drugie, europejskie choroby, które wyeliminowały większość Indian, nim zdołali oni dotrzeć na pola bitewne; po trzecie,broń palna, stal i konie, co zagwarantowało Europejczykom przewagę militarną. By odkryć, dlaczego te przewagi przypadły Staremu, a nie Nowemu Światu, znowu jednak musimy cofnąć się w czasie. Przecież, teoretycznie przynajmniej, to mieszkańcy Ameryki mogli wcześniej opanować technologie produkcji stalowych ostrzy, prochu i statków oceanicznych, dosiąść udomowionych zwierząt groźniejszych niż konie i przewieźć przez ocean zarazki o wiele straszniejsze niż ospa.

Hodowlane paradoksy

Najłatwiej bez wątpienia odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to właśnie w Eurazji wyewoluowały najzłośliwsze zarazki, choć rzeczywiście może wydawać się dziwne, że Amerykanie nawet w części nie mogli odpłacić Europejczykom za śmiertelne epidemie, które ci przywlekli. Są dwie podstawowe przyczyny tej nierównowagi. Przede wszystkim większość znanych nam groźnych chorób o charakterze epidemicznym może rozwijać się tylko na obszarach gęsto zaludnionych, czyli w populacjach skoncentrowanych we wsiach i miastach, a takie ośrodki dużo wcześniej powstały w Europie. Po drugie, najnowsze badania biologów molekularnych wskazują, że przeważająca część ludzkich chorób epidemicznych ma pochodzenie odzwierzęce. Ewolucyjnie poprzedzały je zarazy wybuchające wśród bardzo licznych populacji udomowionych zwierząt, z którymi Eurazjaci od dawna już dzielili swe siedziby. I tak odra i gruźlica to zmutowane choroby bydła domowego, grypa narodziła się wśród świń, a ospa najprawdopodobniej wywodzi się od choroby, na którą cierpiały wielbłądy. W Ameryce natomiast było zaledwie kilka udomowionych gatunków zwierząt i ich zarazki nie zmutowały tak, by zacząć zagrażać ludziom.

Tu pojawia się pytanie wymagające cofnięcia się w jeszcze odleglejszą przeszłość: Dlaczego o tyle więcej zwierząt udomowiono na kontynencie eurazjatyckim niż w obu Amerykach? Amerykę Północną i Południową zamieszkuje przecież ponad tysiąc gatunków dzikich ssaków, można by więc oczekiwać, że to dobry punkt wyjścia dla domestykacji. W rzeczywistości jednak tylko bardzo nieliczne gatunki poddano temu procesowi, gdyż aby dany gatunek można i warto było udomowić, musi on spełniać bardzo określone warunki - dieta, którą człowiek jest w stanie zapewnić, szybki wzrost osobniczy, umiejętność życia w niewoli, skłonność do posłuszeństwa, struktura stadna wraz z instynktowną uległością wobec dominujących członków stada (i ludzkich opiekunów). Ludzie przed tysiącami lat udomowili już praktycznie wszystkie duże ssaki spełniające te kryteria; w czasach nowożytnych nie dodaliśmy niemal nic do tej listy, i to mimobardzo intensywnych wysiłków hodowców.

Eurazja może się w dziedzinie domestykacji pochwalić największymi osiągnięciami, gdyż jest największym kontynentem, a ze względu na liczbę zamieszkujących tu gatunków jej mieszkańcy mieli największe możliwości wyboru. Ten na starcie już korzystny bilans utrwaliły jeszcze wydarzenia sprzed trzynastu tysięcy lat, z czasów końca ostatniej epoki lodowej, gdy większość dużych ssaków Ameryki Północnej i Południowej wyginęła, prawdopodobnie z rąk pierwszych migrujących na te ziemie Indian. W efekcie rdzenni mieszkańcy Ameryki zetknęli się tylko z bardzo nielicznymi gatunkami nadającymi się do udomowienia - w praktyce były to tylko lamy i alpaki. Podobnie przedstawia się sytuacja, gdy analizujemy problem udomawianych roślin, zwłaszcza zbóż uprawnych, choć w tym wypadku różnice między kontynentami nie są aż tak ekstremalne.

Kolejną przyczyną tak wyraźnie większej intensywności udomowiania roślin i zwierząt w Eurazji jest ukształtowanie geograficzne. Eurazja rozciąga się na osi wschód - zachód, kontynenty amerykańskie: północ - południe. Położenie wzdłuż równoleżników sprawia, że określony gatunek (czy uprawa) mógł przenosić się o tysiące kilometrów, pozostając na tej samej szerokości geograficznej, czyli w tej samej strefie klimatycznej i na terenie o podobnej długości dnia, do której ewolucyjnie był przystosowany. W rezultacie kury i cytrusy udomowione w południowo-wschodniej Azji po niezbyt długim czasie zawędrowały do Europy, hodowla koni z Ukrainy rozprzestrzeniła się do Chin, a owce, kozy, bydło, pszenica i owies z rejonu Żyznego Półksiężyca szybko trafiły na wschód i na zachód.

Syci znaczy wolni

Rozciągnięcie kontynentów amerykańskich wzdłuż osi północ - południe uniemożliwiało podobne procesy - migrując w którymkolwiek kierunku, zwierzęta szybko napotykały klimat i długość dnia, do której ich gatunek nie był przystosowany. I dlatego indyk nigdy nie przekroczył bariery Andów, a udomowione lamy i alpaki nigdy nie znalazły się po meksykańskiej stronie gór, przez co indiańskie cywilizacje środkowej i północnej Ameryki nie miały do dyspozycji żadnego zwierzęcia jucznego. Z tego samego powodu trzeba było tysięcy lat ewolucji, aby z kukurydzy, która rosła na obszarze dzisiejszego Meksyku, powstała zmodyfikowana roślina możliwa do uprawiania w klimacie Ameryki Północnej, przy krótszym okresie wegetacji i sezonowych zmianach długości dnia.

Złośliwe zarazki to jednak niejedyna przewaga, jaką dała mieszkańcom Eurazji domestykacja niektórych gatunków roślin i zwierząt. Udomowione rośliny i zwierzęta dostarczają w przeliczeniu na hektar o wiele więcej kalorii niż naturalne siedliska (habitaty), w naturalnym środowisku bowiem większość płodów jest dla ludzi niejadalna. To z tego powodu gęstość zaludnienia w populacjach rolników i pasterzy była od dziesięciu do stu razy większa niż u łowców-zbieraczy. Już tylko to jedno tłumaczy, dlaczego jak świat długi i szeroki rolnicy i pasterze wyparli swych łowiecko-zbierackich poprzedników z wszystkich terenów nadających się do upraw i hodowli. Z kolei udomowienie zwierząt zrewolucjonizowało transport, a nieco później i rolnictwo, gdyż korzystając z ich siły, rolnik był w stanie przygotować i obsiać znacznie większy obszar niż jego pobratymiec posługujący się wyłącznie własnym grzbietem i rękami. To zaś zmieniło strukturę społeczną - grupy łowców-zbieraczy mają zwykle charakter egalitarny i raczej nie występuje w nich organizacja społeczna na poziomie wyższym niż klan czy plemię. Nadwyżki żywności i umiejętność ich magazynowania, które pojawiły się wraz z rolnictwem, przyczyniły się do powstania i rozwoju złożonych, rozwarstwionych społeczności i do wyłonienia się elit. To również nadwyżki żywności umożliwiły rozwój technologii - ci, którzy nie byli już bezpośrednio zaangażowani w produkcję żywności, mogli zająć się rzemiosłem, rozwijać metalurgię, a także stworzyć pismo, miecze i broń palną.

Zaczęliśmy więc od wskazania bezpośrednich przyczyn - karabinów, chorób i całej reszty - podboju Ameryk przez Europejczyków. Te same czynniki zaowocowały znacznie większą w Starym Świecie liczbą udomowionych gatunków zwierząt i roślin. One też pomogły nam uświadomić sobie konsekwencje różnic między ułożeniem kontynentów wzdłuż osi północ - południe i wschód - zachód. Stąd już prosta droga do wskazania przyczyn wyższości Europejczyków związanej z posiadaniem koni i odpornością na zarazki, ale i, jak widać, nie tak daleko do wyjaśnienia genezy ich przewagi również w uzbrojeniu, statkach oceanicznych, organizacji politycznej, piśmie i wszystkich pozostałych wytworach dużych, licznych, osiadłych i rozwarstwionych społeczności, których powstanie umożliwił rozwój rolnictwa.

Położenie nade wszystko

Przyjrzyjmy się teraz, czy ten schemat - przystający do europejsko-amerykańskich konfliktów - tłumaczy również głębokie wzorce historii kontynentu afrykańskiego. Skoncentruję się na dziejach obszarów subsaharyjskich, ten region bowiem za sprawą zarówno odległości, jak i klimatu był o wiele wyraźniej oddzielony od Europy niż północna część kontynentu, zawsze powiązana bardzo silnymi więzami z zamorskim sąsiedztwem.

Podobnie zatem, jak pytaliśmy, dlaczego to Cortés najechał Meksyk, nim Montezuma mógł przebyć Atlantyk, zastanówmy się teraz, dlaczego Europejczycy skolonizowali południe Afryki, a nie odwrotnie. Bezpośrednie przyczyny doskonale znamy - to znowu karabiny, stal, okręty, organizacja polityczna, pismo. Ale ponownie zadajmy pytanie, dlaczego stworzono je w Europie, a nie w subsaharyjskiej Afryce. Dla kogoś, kto zajmuje się ewolucją człowieka, to zagadka szczególna, ponieważ nasz gatunek ewoluował w Afryce o miliony lat dłużej niż na kontynencie europejskim. Ba! - zaledwie jakieś pięćdziesiąt tysięcy lat temu anatomicznie współczesny homo sapiens dotarł do Europy właśnie z Afryki. Gdyby zatem to czas był krytycznym czynnikiem w rozwoju ludzkich cywilizacji, Afryka powinna wyprzedzać Europę o wiele długości.

Znów jednak wyjaśnień dostarcza nam biogeograficzna analiza możliwości udomowienia dzikich gatunków roślin i zwierząt. Zacznijmy od zwierząt - na początku uderza nas fakt, że jedynym gatunkiem udomowionym w południowej części kontynentu afrykańskiego jest ptak: kura gwinejska. Wszystkie pozostałe - bydło, owce, kozy, konie, nawet psy - trafiły tu z północy, z Azji lub z Afryki Północnej. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać dość dziwne. Przecież wszyscy wiemy, jak wiele jest tu dużych ssaków. Wystarczy jednak chwila zastanowienia. Z najróżniejszych powodów duże zwierzęta z tego regionu nie nadają się do udomowienia - nie ta dieta, brak organizacji stadnej, nieprzewidywalne zachowanie, powolny wzrost i tak dalej. A pomyślmy tylko, jak mogłyby się potoczyć dzieje świata, gdyby dało się oswoić nosorożce i hipopotamy. Afrykańska kawaleria rozgniotłaby wtedy europejską jazdę na miazgę. Ale to nie mogło się zdarzyć.

W zamian, mieszkańcy Afryki musieli sobie radzić ze zwierzętami, które zaczęto oswajać na północy, a kontynent afrykański, tak samo jak obie Ameryki, rozciąga się z północy na południe. Oswojone w Eurazji gatunki musiały się długo adaptować do odmiennego klimatu i do nowych zupełnie chorób. Konsekwencje osi północ - południe jeszcze wyraźniej widać naprzykładzie roślin uprawnych. Jak wiemy, podstawową uprawą w starożytnym Egipcie były wywodzące się z obszarów Żyznego Półksiężyca i znad brzegów Morza Śródziemnego jęczmień i owies, które potrzebują zimowych deszczów i zróżnicowania długości dnia. Te uprawy nie mogły być przeniesione na południe, poniżej Etiopii, gdyż już na tej szerokości geograficznej deszcze padają wyłącznie w lecie, a długość dnia jest niemal niezmienna. Dlatego rozwój rolnictwa na terenach subsaharyjskich możliwy był dopiero po udomowieniu lokalnych roślin, takich jak sorgo czy proso. Jak na ironię, dokładnie z tych samych powodów, które opisałem wcześniej, uprawa żadnej z tych roślin nie mogła zostać przeniesiona na południowy cypel Afryki, poza Afrykę Środkową. W Natalu zatem skończył się dla rdzennych afrykańskich rolników marsz na południe. Dalej wywodzące się z Afryki Środkowej uprawy nie znajdywały już odpowiedniego klimatu i ten fakt miał olbrzymie konsekwencje dla przyszłej historii kontynentu.

Reasumując - położenie geograficzne (oś północ - południe) i znikoma liczba gatunków zwierzęcych i roślinnych podatnych na udomowienie miały dla kontynentu afrykańskiego znaczenie równie zasadnicze, jak dla historii obu Ameryk. Uprawa kilku roślin w Sahelu, Etiopii i tropikalnej Afryce Zachodniej niewiele zmieniła. Zwierzęta juczne i pociągowe przyszły dopiero później, z północy, i to wystarczyło, by - znów - to Europejczycy za pomocą swoich karabinów, okrętów, organizacji politycznej i dzięki pismu skolonizowali Afrykę, a nie odwrotnie.

Tasmańskie laboratorium

Zakończmy naszą podróż dookoła świata na ostatnim kontynencie, wAustralii. To jest jedyny kontynent, który jeszcze w czasach nowożytnych zamieszkiwany był wyłącznie przez łowców-zbieraczy. To sprawia, że jest dla nas wymarzonym wręcz laboratorium do testowania hipotez o kontynentalnym zróżnicowaniu rozwoju ludzkich społeczeństw. Wśród Aborygenów, gdy dotarli tu Europejczycy, nie było rolników ani pasterzy, pisma, żelaznych narzędzi ani organizacji społecznej przekraczającej poziom plemienia. To oczywiście wyjaśnia, dlaczego europejskie strzelby i zarazki zniszczyły miejscową ludność. Ale dlaczego Australijczycy pozostali łowcami-zbieraczami?

Oto powody - po pierwsze, nawet do dziś nie udało się oswoić żadnego z tutejszych gatunków zwierząt (nie ma szans na hodowlę kangurów!), a z roślin udomowiono tylko jeden gatunek orzecha. Po drugie - Australia jest najmniejszym z kontynentów i chociażby ze względu na niską wydajność gleby i małe opady jest w stanie wyżywić tylko stosunkowo niewielką liczbę ludności. Dlatego łączna populacja australijskich łowców-zbieraczy nie przekraczała nigdy trzystu tysięcy osób. I wreszcie po trzecie - Australia jest najbardziej odizolowanym z kontynentów, a jej pierwotni mieszkańcy utrzymywali tylko dość rzadkie kontakty z Nowogwinejczykami i Indonezyjczykami.

Aby stwierdzić, jak duże znaczenie dla dziejów kontynentu australijskiego miała izolacja i tak mała liczba ludności, przyjrzyjmy się Tasmanii - ze względu na jeszcze niedawnych jej mieszkańców najdziwniejszemu chyba miejscu na świecie. Tasmania jest niezbyt wielką wyspą i najdalej wysuniętym przyczółkiem najodleglejszego z kontynentów. Stanowi też najlepszą ilustrację pewnej ważnej prawidłowości w dziejach ewolucji człowieka.Otóż Tasmania leży mniej więcej dwieście kilometrów na południowy wschód od wybrzeża Australii. Gdy w roku 1642 dotarli tam pierwsi Europejczycy, zamieszkiwało ją około czterech tysięcy łowców-zbieraczy, ewolucyjnie silnie spokrewnionych z Aborygenami z kontynentu, ale posługujących się najprymitywniejszą techniką spośród wszystkich poznanych dotychczas ludów. Tasmańczycy nie potrafili skrzesać ognia, nie znali bumerangów, włóczni ani tarcz. Nie znali narzędzi z kości ani z obrabianego kamienia, nie używali nawet tak prostych narzędzi, jak kamienna siekiera na drewnianym trzonku. Nie potrafili również ścinać drzew ani wyciosać kanoe, nie znali szytej odzieży (pomimo chłodnych zim i opadów śniegu) i - co już wydaje się wręcz niewiarygodne - zamieszkując głównie wybrzeże, nie wiedzieli, jak łowi się ryby, i nie jedli ich. Cóż zatem doprowadziło do tak wielkiej zapaści w kulturze materialnej Tasmanii?

Odpowiedź pomogli nam poznać geologowie i archeologowie. Jak się okazało, jeszcze w plejstocenie Tasmania była połączona z kontynentem australijskim płytkim przesmykiem, który podnoszące się morskie wody zalały dopiero jakieś dziesięć tysięcy lat temu. Ludzie dotarli tam, kiedy wyspa stanowiła jeszcze część kontynentu. Gdy połączenie lądowe zostało zerwane, kontakt między Tasmanią a resztą świata również został przerwany. Przez tysiące lat, aż do roku 1642, nikt z kontynentu - ani w ogóle nikt obcy - nie postawił nogi na wyspie. Prymitywne łodzie, którymi posługiwano się w tym rejonie świata, nie były w stanie pokonać dwustukilometrowej odległości dzielącej Tasmanię od Australii. W ten sposób kraina ta stała się swoistym laboratorium rodem niemal z literatury fantastycznonaukowej - kompletna izolacja przez dziesięć tysięcy lat! Tasmanię zaludniała zatem najmniejsza i najbardziej odizolowana populacja świata, a jeśli kontakty ze światem i wielkość populacji mają wpływ na akumulację odkryć, powinniśmy móc zaobserwować ten efekt w naszym laboratorium.

Gdyby wszystkie technologie, o których wspomniałem wcześniej, nieobecne na Tasmanii, lecz znane na kontynencie, zostały odkryte przez australijskich Aborygenów w ciągu ostatnich dziesięciu tysięcy lat, moglibyśmy co najwyżej stwierdzić, że Tasmańczycy na nie nie wpadli. Źródła archeologiczne mówią jednak wiele więcej - otóż Tasmańczycy porzucili techniki, które przynieśli ze sobą z kontynentu i które tam przetrwały! Na przykład narzędzia z kości i sztuka rybołówstwa były znane na Tasmanii, gdy połączenie lądowe z kontynentem zostało przerwane, i znikły z wyspy dopiero około roku 1500 p.n.e. Oto przykład utraty cennych technologii - a przecież można było wędzić ryby, by zapewnić żywność na zimę, a kościane igły doskonale sięnadawały do szycia okryć na mroźne noce.

Rozwijające różnice

Jaki sens miało porzucanie pożytecznych umiejętności? Mogę sobie wyobrazić tylko jedno wyjaśnienie. Po pierwsze - nowa technologia może zostać albo wymyślona, albo przyswojona. Ludzkie społeczności różnią się pod wieloma względami, gdy przyglądamy się ich otwartości na innowacje. Dlatego im więcej ludzi i odrębnych grup ludzkich zamieszkuje wyspę czy kontynent, tym większa szansa, że jakieś nowe odkrycie zostanie zaakceptowane i zaadaptowane. Po drugie, do większości ludzkich społeczności - z wyjątkiem w pełni odizolowanej Tasmanii! - wynalazki docierają też z zewnątrz. Rozwój technologii jest najszybszy tam, gdzie kontakty między różnymi społecznościami są najintensywniejsze. I wreszcie musimy pamiętać, że nowa technologia musi nie tylko być przyjęta - musi być stosowana. We wszystkich kulturach występują chwilowe mody na rzeczy mało użyteczne, czasem natomiast wprowadzane są zakazy ograniczające dostęp do technologii naprawdę przydatnych. Gdy takie pozbawione sensu tabu pojawiają się na obszarach, gdzie zamieszkuje obok siebie wiele ludzkich grup, obejmują zwykle tylko część z nich. Inne nie przejmują się absurdalnymi ograniczeniami i albo z czasem wygrywają konkurencyjną walkę z tymi, którzy je stosują, albo też w inny sposób skłaniają rywali, by naprawili swój błąd. Gdyby Tasmańczycy utrzymali kontakty z kontynentem, mogliby ponownie odkryć zapomnianą sztukę rybołówstwa i wytwarzania kościanych igieł. Ale izolacja sprawiła, że tak się nie stało, i strata stała się nieodwracalna.

A oto w skrócie lekcja, jaką możemy wynieść z porównania losów rdzennych mieszkańców Australii i Tasmanii: ceteris paribus nowe wynalazki pojawiają się szybciej (a użyteczne technologie zanikają rzadziej), gdy dany obszar zamieszkany jest przez liczne, konkurujące i intensywnie kontaktujące się grupy. Jeśli ta interpretacja jest prawidłowa, mówi nam coś o przyczynach, które sprawiły, że mieszkańcy najmniejszego i najodleglejszego z kontynentów, Australii, pozostali w epoce kamienia łupanego, gdy na innych kontynentach rodziło się rolnictwo i metalurgia. Mówi nam też co nieco o dyskutowanych wcześniej różnicach między rolnikami subsaharyjskiej Afryki, rolnikami znacznie większych Ameryk i tymi, którzy zamieszkiwali olbrzymie i najludniejsze przestrzenie Eurazji.

Cechy wrodzone - zły trop

Oczywiście, wiem, że pominąłem w swoim wywodzie bardzo wiele czynników mających nader istotne znaczenie dla biegu historii. Niewiele mówiłem na przykład o rozprzestrzenianiu się upraw, o tym, jak powstanie i rozwój technologii, instytucji politycznych, pisma i zinstytucjonalizowanej religii zależą od rolnictwa i hodowli, nie wspomniałem też o - fascynujących zresztą - przyczynach wewnętrznego zróżnicowania kontynentu eurazjatyckiego: odmienności Chin, Indii, Bliskiego Wschodu i Europy. Nie mówiłem też o roli jednostek i o różnicach kulturowych niezwiązanych ze środowiskiem geograficznym. Można już jednak chyba pokusić się o podsumowanie tego, co dała nam nasza krótka wyprawa przez pięć kontynentów, z ich jakże nierównym dostępem do broni palnej i zarazków.

Według mnie najgłębsze mechanizmy historii - czyli różnice między populacjami zamieszkującymi różne obszary świata - należy przypisać geograficznemu zróżnicowaniu środowisk, nie zaś odmiennościom biologicznym pomiędzy ludźmi. Szczególne znaczenie ma zwłaszcza dostępność roślin i zwierząt nadających się do udomowienia oraz to, czy udomowiony już gatunek może się łatwo rozprzestrzeniać. Te właśnie czynniki decydują o zróżnicowanym tempie rozwoju rolnictwa i hodowli, to zaś z kolei ma zasadniczy wpływ na liczebność i zagęszczenie populacji oraz wystąpienie nadwyżek żywności. W liczniejszych i bardziej zagęszczonych populacjach mamy zaś większą szansę na wystąpienie epidemicznych chorób oraz wyłonienie się organizacji politycznej i rozwój pisma i technologii. Przykład Tasmanii i Australii dobitnie ukazuje nam też kluczową rolę izolacji.

JARED DIAMOND, Przekład Anna Eichler


Jared Diamond

Profesor geografii na uniwersytecie stanowym w Los Angeles. Autor słynnego "Trzeciego szympansa" (wyróżnionego nagrodą - British Science Book Prize) oraz książki "Strzelby, zarazki i stal", za którą dostał Pulitzera

1 Comments:

Blogger tomek said...

i tak na zachete pierwszy komemtarz ;)

pon. wrz 05, 01:24:00 PM 2005  

Prześlij komentarz

<< Home