piątek, września 30, 2005

Obraz spoza "szynki Gierka"

rzeczpospolita 30/9/2005

http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050930/publicystyka/publicystyka_a_8.html

Powrót do PRL wynika z potrzeby przypominania, czym był naprawdę tamten system
Obraz spoza "szynki Gierka"

Bez pełnego rozliczenia przeszłości przez współczesną literaturę polską, jakie musi się dokonać także w życiu publicznym kraju - pozostanie luka. Pusta przestrzeń


(c) MIROSŁAW OWCZAREK

Należę do pokolenia, które przeżyło wojnę w dzieciństwie, natomiast dojrzewało, kształciło się i pracowało w czasach realnego socjalizmu, czyli w PRL. Stąd, oczywiście, moje doświadczenie życiowe, obserwacje, wspomnienia związane z nauką i pracą zawodową, a w końcu z pisaniem, wiążą się z tamtym okresem - czasami PRL. Należę zatem do tych autorów, którzy pisali o czasach realnego socjalizmu, borykając się z cenzurą PRL-owską, i którzy w pewnym momencie odrzucili dyktat cenzury. Jeśli o mnie chodzi, to w roku 1973 wydałem książkę, zatrzymaną w PRL (powieść "Cudowną melinę"), w Instytucie Literackim w Paryżu.

To jasne, że borykanie się z cenzurą wynikało z faktu zainteresowania PRL-owską rzeczywistością, próbami opisania tamtego życia: wszechwładzy partii, samowoli bonzów partyjnych, niesprawiedliwości i prześladowań ludzi inaczej myślących.

Wydaje mi się, że do dziś należę do autorów, którym trudno otrząsnąć się z PRL-owskiego dziedzictwa. W swoich książkach wydanych po roku 90. raczej wracałem do PRL, niż odchodziłem od tamtych doświadczeń i czasów. Słowem należę do pokolenia "naznaczonych" przez PRL. Jednocześnie słyszę pytanie: po co i czy warto wracać i pisać o tamtych czasach?

Ludziom żyjącym obecnie, w roku 2005, w III Rzeczypospolitej, w wolnym kraju (po tej cudownej i niespodziewanej przemianie, jaką przyniosły lata 1989 i 1990) hasło PRL może kojarzyć się różnie. Starszym, z mego pokolenia, także z pokolenia dawnych działaczy "Solidarności" - z dyktatem partii, propagandą, zakłamaniem, zakazami i nakazami. Stanem wojennym. Itd. Ale z czym kojarzy się hasło PRL młodym ludziom, urodzonym, powiedzmy, w latach osiemdziesiątych, tegorocznym maturzystom, studentom z pierwszych lat studiów? Czy wobec wieloletniego zamazywania granicy między zniewolonym a wolnym krajem, stałej obecności ludzi tamtego systemu na arenie publicznej - w polityce, w telewizji, w prasie - nie grozi chaos pojęciowy? Jakieś trwałe zniekształcenie obrazu tamtej rzeczywistości? Fałsz, nieprawda? Iluzje?

Sprzedawana ostatnio w niektórych sklepach mięsnych szynka Jak za Gierka jest śmiesznym, ale i znamiennym symptomem tego postępującego procesu zakłamywania przeszłości. Jeśli bowiem za Gierka w ogóle jadaliśmy szynkę, to trzeba było wstawać w nocy i stać w kolejce do rana w nadziei, że coś dowiozą. Pamiętam zresztą kolejki ustawiające się wieczorami, stojące całą noc - do godziny dziesiątej lub jedenastej. Mniejsza jednak o "szynkę Gierka" i realia życia w PRL - tamtą biedę, ubóstwo, szarość. Kartki na cukier i margarynę. Wydaje się, że z pola widzenia młodych pokoleń znika coś znacznie ważniejszego: przemoc i zakłamanie, których przez lata doświadczyliśmy i które były istotą tamtego systemu.

Wielu ludziom z mego pokolenia hasło PRL kojarzy się przede wszystkim z przemocą. Ze stałym zagrożeniem inwigilacją, przesłuchaniami, rewizjami, konfiskatami. Obecnością w naszym życiu niewidocznych, a jednak co pewien czas ujawniających się, funkcjonariuszy SB. Świadomością, że jesteśmy otoczeni przez agentów, że nasze listy są kontrolowane, a rozmowy telefoniczne podsłuchiwane. Myślę, że to jest właśnie dostateczne uzasadnienie, skąd bierze się potrzeba powrotu do tamtych czasów - do PRL. Potrzeba przypominania, czym był naprawdę tamten system. Bo to nie jest, moim zdaniem, temat tylko dla historyków - chłodnych badaczy. Także literatura ma dużo do powiedzenia, ponieważ, jak się zdaje, powiedziała jeszcze bardzo mało. A tylko literatura, co chyba oczywiste - powieść, opowiadanie, dramat - może przypominać, co ludzie myśleli wtedy, jakie było ich życie i o czym rozmawiali.

POSTACIE Z DOSTOJEWSKIEGO

Od niedawna jesteśmy zasypywani informacjami o mechanizmach działania systemu przemocy w PRL. Dzięki dostępowi do akt dawnej bezpieki oraz licznym przypadkom ujawniania agentów - spoza "szynki Gierka" wyłania sięprawdziwy obraz rzeczywistości w Polsce Ludowej. Poznajemy ludzi, którzy przez długie lata współdziałali z systemem, wykorzystując zaufanie i naiwność środowisk opozycyjnych.

Postać drugiej żony Pawła Jasienicy, Zofii z Darowskich, primo voto O'Bretenny, agentki SB o pseudonimie Ewa, jej rola w zwalczaniu opozycji w latach 60. i 70. - rozpracowywaniu ówczesnego środowiska pisarskiego - rola opisana ostatnio w ważnej i cennej książce Joanny Siedleckiej "Obława" - może być kanwą nie jednej, ale kilku powieści.

A dziennikarz i działacz "Solidarności", członek Studenckiego Komitetu Solidarności w Krakowie, redaktor pism podziemnych, a po roku 1990 "Gazety Wyborczej", którego biogram znaleźć można w "Słowniku opozycji z lat 1956 - 1989" (wydała go KARTA), wieloletni tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa składający raporty na kolegów z opozycji - czy nie jest postacią wartą opisania? Zauważenia? Jakie impulsy, motywy, powodowały tym człowiekiem?

Małżeństwo, które w Niemczech Zachodnich w latach 80. rozpracowywało środowisko emigracyjne związane z "Solidarnością" i Kościołem, grając tam rolę ludzi niesłychanie pobożnych, ultrapatriotów i jednocześnie, jako agenci SB, składające przez lata raporty o środowiskach emigracyjnych: czy tego typu ludzie nie są postaciami z powieści, z dramatu?

A także postać dominikanina przez dziesięciolecia "duszpasterza" wycieczek z Polski do Rzymu, człowieka stojącego blisko Jana Pawła II, zakonnika powszechnie szanowanego w środowiskach katolickich i jednocześnie wieloletniego agenta bezpieki - czy nie jest postacią jak z Dostojewskiego?

Do ponurych paradoksów naszej obecnej rzeczywistości należy fakt, że druga żona Pawła Jasienicy, zasłużona agentka SB, została pochowana obok męża - w alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach. Agentka z Niemiec Zachodnich jest - lub była do niedawna - dyrektorem jednego z departamentów w MSW. Także obrona dominikanina z Watykanu, argumenty obrońców, jakie czytaliśmy w prasie, świadczą - moim zdaniem - o utracie zdolności prostych rozróżnień: nazywania po imieniu, co dobre, a co złe, oraz opowiedzenia się po właściwej stronie. O zagubionej umiejętności rozróżniania między uczciwością a nieuczciwością świadczyłyby z kolei podpisywane w środowiskach artystycznych listy w obronie Lwa Rywina.

A zatem, czy wszystkie te fakty nie tworzą wyjątkowego tła rzeczywistości, w jakiej dziś żyjemy? Czy nie świadczą o tej głębokiej skazie czy nawet ranie, jaka nie może się zabliźnić - ranie pozostałej po czasach PRL? Czy to wszystko nie powinno być wielkim tematem polskiej literatury współczesnej?

ZAGUBIENIE PODSTAWOWYCH KRYTERIÓW

Moim zdaniem szkoda czasu na zabawę w literaturę - na te wszystkie popisy językowej ekwilibrystyki, epatowanie wulgaryzmami, na ten, demonstrowany w tak wielu głośnych książkach, egotyzm, egocentryzm, co świadczy przecież o zaniku podstawowej cechy dobrego pisarstwa - empatii.

Niedawna historia naszego kraju, życiorysy ludzi stojących po dwóch stronach, stale jeszcze widocznej barykady - tych, którzy byli po stronie przemocy, i tych prześladowanych - zasługują na szczególną uwagę. Można by powiedzieć, że tematy leżą na ulicy. Ale czy są podnoszone, zauważane? Czy powstają sztuki teatralne, wielkie powieści? Mówię to, oczywiście, świadomy zarzutu, jaki i mnie można by postawić - jako piszącemu, a zwłaszcza jako świadkowi tamtych czasów: dlaczego nie podejmuję sam takiej próby? Mógłbym odpowiedzieć, że mimo wszystko kilka opowiadań napisałem. Napisałem także sztukę radiową, której kanwą była właśnie historia Pawła Jasienicy i jego drugiej żony. Czytałem także powieści i opowiadania innych autorów, którzy również pisali o czasach PRL - o przemocy, terrorze, zakłamaniu. Janusz Krasiński, Marek Nowakowski, Włodzimierz Odojewski, z młodszych - Bronisław Wildstein, Marek Harny lub Wacław Holewiński. Być może czas, atmosfera, mody - nie sprzyjają naszym wysiłkom? W każdym razie, aplauz, wielkie "halo", wzbudzają od lat inne książki. Poświęcone raczej współczesnym nieudacznikom życiowym, a nie konspiratorom WiN, opozycji demokratycznej lub "Solidarności". Nie takim postaciom, jak: generał Nil-Fieldorf, Witold Pilecki, Józef Rybicki lub - z przeciwnej strony - Konrad Hejmo, Lesław Maleszka i druga żona Jasienicy.

To oczywiste, że mówię o tym, odrzucając odwieczną zasadę literatury, sprowadzającą się do stwierdzenia: nie o czym, ale jak. I na tej podstawie jedynie oceniającą wartość pisarstwa. Chodzi mi o proporcje, o zagubienie podstawowych kryteriów, także w literaturze, w naszym pisaniu, co również może być skutkiem tamtego, wieloletniego zamazywania różnic między krajem zniewolonym i wolnym. Stawiania znaku równości między ludźmi prawdziwego honoru a osobnikami pozbawionymi całkowicie tej cnoty. Skutkiem wieloletniego relatywizowania prawdy. I w końcu, podtrzymywanej latami, odmowie udzielanej ludziom prześladowanym w PRL: prawa do poznania swoich prześladowców.

Myślę, że bez podobnego pełnego rozliczenia przeszłości przez współczesną literaturę polską, jakie musi się dokonać w życiu publicznym kraju - pozostanie luka. Pusta przestrzeń. Choroba, przez jaką przeszliśmy w drugiej połowie XX wieku, a także jej wpływ na naszą współczesną rzeczywistość, pozostaną nieopisane do końca. A w każdym razie obraz tej choroby będzie niepełny.

KAZIMIERZ ORŁOŚ, Pisarz

http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050930/publicystyka/publicystyka_a_8.html