czwartek, lutego 02, 2006

Prawda o "Ketmanie" i "Monice"

rzeczpospolita 30/1/2006

Akta SB nie są niewiarygodne; wymagają tylko metodycznej krytyki
Prawda o "Ketmanie" i "Monice"

Lesław Maleszka i Henryk Karkosza byli przez wiele lat gorliwymi i "kreatywnymi" agentami SB. I brali za to bardzo duże pieniądze

(c) ANDRZEJ KRAUZE

Identyfikacja agentów bezpieki jest możliwa, nawet gdy SB zniszczyła lub przetrzebiła ich teczki. Jest to możliwe, i to przy dochowaniu rygorów, jakie Trybunał Konstytucyjny oraz Sąd Najwyższy nałożyły na sąd lustracyjny. Tych, żeby tylko wtedy potwierdzać, że zaistniała tajna współpraca ze Służbą Bezpieczeństwa, gdy była ona rzeczywista, a nie tylko zadeklarowana, gdy odpowiadała celom, które chciała osiągnąć bezpieka, oraz gdy zachowały się jej dokumenty - zapis informacji, które świadomie udzielane były funkcjonariuszowi bezpieki.

Czy to może się udać w każdym przypadku, kiedy zniszczona została podstawowa dokumentacja aktywności agenta, czyli teczka personalna (w której mocodawcy z SB zapisywali cały przebieg "kariery" agenta, od wytypowania go do werbunku po jego wyrejestrowanie, i swoje o nim opinie) i teczka pracy (do której wkładano donosy, zadania postawione agentowi i raporty z ich wykonania)? Zapewne nie. Jeśli współpraca była przez zwerbowanego pozorowana albo incydentalna, prawdopodobnie nie pozostały po niej dokumenty, których kopie lub streszczenia funkcjonariusze SB wkładaliby do akt tych osób, środowisk lub instytucji, na które agent donosił. Z pewnego punktu widzenia jest to okoliczność korzystna: w taki pośredni sposób można zidentyfikować jedynie tych agentów, którzy współpracowali gorliwie i szkodliwie. Po tych, którzy w chwili słabości zobowiązali się do współpracy, ale próbowali się z niej wyplątać, śladów w archiwach zostało niewiele lub wcale. Nie zachodzi więc ryzyko - którego obawiają się przeciwnicy lustracji czy w ogóle wykorzystywania archiwów SB - że na podstawie zdekompletowanej dokumentacji można wykryć najwyżej płotki, podczas gdy prawdziwi szkodnicy pozostaną anonimowi. Jest odwrotnie.

W archiwum krakowskiego oddziału IPN nie ma teczek tajnych agentów SB: "Ketmana" - Lesława Maleszki, który publicznie przyznał się do współpracy, i "Moniki", który zidentyfikowany został jako Henryk Karkosza, choć on sam zaprzecza, że był donosicielem. Zniszczone albo wykradzione zostały ich teczki personalne i teczki pracy, usunięto również co najmniej część zapisów na ich temat w kartotekach ewidencyjnych.

AGENTÓW ŻYWOTY RÓWNOLEGŁE

A jednak w najnowszym numerze czasopisma IPN "Aparat represji w Polsce Ludowej 1944 - 1956" historycy z krakowskiego oddziału IPN, Ewa Goleń-Zając i Henryk Głębocki, opublikowali setkę dokumentów wytworzonych przez SB na podstawie informacji od "Ketmana" (występującego też pod trzema innymi pseudonimami) i "Moniki". Dokument sto pierwszy, bardzo szczegółowe sprawozdanie ze spotkania z Jackiem Kuroniem złożone w 1977 r. przez "Returna" (to jeden z trzech nieznanych dotychczas pseudonimów Maleszki), odnalazł warszawski historyk Piotr Gontarczyk, od niedawna wicedyrektor pionu archiwalnego IPN.

Co z nich wynika? Maleszka przez 13, a Karkosza przez 10 lat byli gorliwymi tajnymi współpracownikami SB. Nie tylko donosili na najbliższych kolegów, ale i podpowiadali bezpiece, gdzie uderzyć, uczestniczyli w grach operacyjnych przeciwko opozycji, a nawet je inicjowali i współreżyserowali. Brali za to pieniądze, i to jedne z najwyższych wynagrodzeń SB dla agentów, Maleszka jeszcze w ostatnim kwartale 1989 r., kiedy funkcjonował już rząd Tadeusza Mazowieckiego. W światku opozycyjnym nie byli płotkami. Maleszka był jednym z głównych przywódców krakowskiego środowiska i jego łącznikiem z Warszawą oraz innymi ośrodkami, nazywany był nawet - z oczywistą przesadą - "krakowskim Kuroniem". Karkosza niemalże zmonopolizował w Małopolsce wydawniczą działalność opozycji. Donosili także wzajemnie na siebie, oczywiście nie wiedząc o tym. Wśród opublikowanych dokumentów jest kilka takich, z których wynika, że zaraz po zakończeniu opozycyjnej narady na wyprzódki biegli do najbliższej budki telefonicznej, by na gorąco zdawać esbekom sprawę z tego, co przed chwilą wspólnie uradzili.

NIE MA POMYŁKI CO DO "MONIKI"

Głównym argumentem Henryka Karkoszy, który utrzymuje, że zaszła co do niego pomyłka, jest fakt, że w tym samym czasie SB w Krakowie miała dwóch agentów o pseudonimie Monika. To prawda, Ewa Zając i Henryk Głębocki doszli nawet do trzeciego, dla odróżnienia nazwanego "Monika I". Ale informacje pochodzące od TW "Monika", zidentyfikowanego jako Karkosza, dotyczą głównie spraw poligraficznych i wydawniczych opozycji. Jest też kilka donosów na komisję "Solidarności" w banku PKO przy Wielopolu, w którym pracował Karkosza, który był nawet wybrany na przewodniczącego rady koordynacyjnej "S" w bankach południowo-wschodniej Polski.

Koronnym dowodem jest jednak to (czego agenci oczywiście nie wiedzieli), że każdej osobie, którą zainteresowała się SB-czy to jako "figurantem", czy jako kandydatem na tajnego współpracownika, czy też zwerbowanym już agentem, również wtedy, gdy ta sama osoba była najpierw "figurantem", potem współpracownikiem (albo odwrotnie) - nadawano ten sam numer rejestracyjny. W aktach sprawy operacyjnego rozpracowania "KOS" figurant Henryk Karkosza ma ten sam numer, co w późniejszym dokumencie o jego internowaniu w stanie wojennym i we wszystkich donosach TW "Monika", czy to dotyczących drugiego obiegu wydawniczego w Krakowie, czy to innych spraw krakowskiej i małopolskiej opozycji, czy to komisji "S" w banku PKO przy Wielopolu. Ten sam numer widnieje też na pokwitowaniach za pieniądze wypłacone z funduszu "O" (operacyjnego) SB z adnotacją, że "oryginał dołączono do teczki TW "Monika"". Otóż numer rejestracyjny (lub "ewidencyjny") w archiwach SB pełnił taką samą rolę jak nadawany każdemu obywatelowi raz na zawsze numer PESEL.

Jaką rolę spełniał TW "Monika"? Gorliwie uczestniczył w grach operacyjnych, mających na celu: wyeliminowanie konkurencji w niezależnym obiegu wydawniczym, skłócenie Studenckiego Komitetu Solidarności, dezintegrację w innych opozycyjnych organizacjach, jak w KPN, niedopuszczenie do powołania w Krakowie oddziału Ruchu Młodej Polski, a w stanie wojennym - przechwytywanie nadsyłanych z Zachodu pieniędzy i sprzętu potrzebnego wydawnictwom podziemnym (SB korzystała np. z darowanych podziemiu komputerów, na które w normalnym handlu obowiązywało embargo). Za pośrednictwem Karkoszy, który reprezentował Kraków w tzw. konsorcjum wydawnictw niezależnych, SB miała pełną wiedzę, kto i gdzie w całej Polsce kieruje produkcją "bibuły".

Istnieje np. dokument, według którego Karkosza ofiarował się z własnej inicjatywy wydać w ręce SB dawnych kolegów z SKS, którzy postanowili uruchomić samodzielne wydawnictwo.TW "Monika" zaproponował np., że będzie pełnić dyżur przy telefonie, by dać znać, kiedy będą oni przewozić sprzęt drukarski i wydrukowane egzemplarze "bibuły", aby SB mogła przyłapać ich - pod pozorem kontroli drogowej - na gorącym uczynku.

"KETMAN", "RETURN", "TOMEK", "ZBYSZEK"

Te cztery pseudonimy nosił ten sam agent, Lesław Maleszka. Nie przyznał się do tego w swojej słynnej "spowiedzi" "Byłem Ketmanem". Skłamał, pisząc, że współpracował do 1984 r., a później stawiał się co prawda na coraz rzadsze wezwania, ale nie był już użyteczny. Pracował za czterech aż do 1989 r.! Był rzadkim przykładem agenta, który wykazywał więcej inicjatywy niż prowadzący go oficerowie SB.

"Wyłania się z dokumentów [SB] - napisali Zając i Głębocki - nie postać złamanego, szantażowanego i godnego litości kapusia (...) ale wprost przeciwnie, obraz trzeźwego, w pełni świadomego tego, w czym uczestniczy, konfidenta, który nie tylko rejestrował i przekazywał zasłyszane informacje, lecz sam aktywnie współtworzył i często inicjował działania SB". W swej "spowiedzi" Maleszka przyznał się tylko do tego, co już zostało ujawnione. Zataił znacznie więcej, raczej zaciemniając, niż odsłaniając, prawdę.

Przewodnik po archiwach SB jeszcze nie powstał. We wstępie do dokumentów "Ketmana" i "Moniki" krakowscy historycy - w szczególności Ewa Zając - ofiarowali jednak solidny wykład na temat metod badania archiwów bezpieki. Metodologia ta dopiero się tworzy (pełny dostęp do archiwów SB to kwestia ostatnich dwóch lat), pracują nad nią historycy z IPN i innych ośrodków, np. Instytutu Studiów Politycznych PAN. Dlatego ci, od których to zależy, powinni zamiast ograniczać dostęp do akt bezpieki, umożliwić naukowcom doskonalenie - jak to ujęła Ewa Zając - "narzędzi badawczych, które umożliwiłyby korzystanie z teczek w sposób służący poznawaniu prawdy".

ANDRZEJ KACZYŃSKI, Publicysta "Rzeczpospolitej"