poniedziałek, marca 27, 2006

Fronty Kaczyńskich

Fronty Kaczyńskich

Tygodnik "Wprost", Nr 1215 (26 marca 2006)
http://www.wprost.pl/ar/?O=88032&C=57

Ciągle nie pojawił się pakiet reform realizujących program PiS

Bronisław Wildstein


Czy walka o władzę usprawiedliwia każdy typ krytyki? Czy bracia Kaczyńscy nie mnożą konfliktów ponad miarę, uzasadniając opinie o swojej agresywności, a nawet o politycznym awanturnictwie? Warto te pytania rozważyć w kontekście ostatnich wydarzeń. Oto PiS obiecywało rozprawę z korupcjogennymi układami III RP, które, w dużej mierze, uczyniły z demokracji jedynie fasadę. Walka z tego typu nieformalnymi a potężnymi grupami interesu nie może owocować rządami spokojnymi. Zwłaszcza jeśli niedoszły koalicjant PiS, czyli PO, przeszedł do opozycji totalnej. Polega ona na bezustannym ataku na partię rządzącą i dezawuowaniu wszystkich jej posunięć.. Tego typu opozycyjności partia Tuska nie praktykowała w poprzedniej kadencji wobec rządów SLD. Można założyć, że jej obecna postawa jest wywołana wynikiem wyborów, który czyni z niedoszłych koalicjantów najpoważniejszych konkurentów do rządzenia.

Kaczyńscy kontra media
Dwa tygodnie temu wróciła sprawa śledztwa, jakie w 2001 r. Lech Kaczyński, wówczas minister sprawiedliwości, zlecił w związku z materiałami ukazującymi się w "Rzeczpospolitej". Eksponowanie tego tematu mogło budzić zdziwienie o tyle, że nic nowego, poza skalą śledztwa, w sprawie ujawnionej pięć lat temu nie zostało powiedziane. Media niechętne Kaczyńskim, czyli niemal wszystkie w kraju, sprawę ochoczo podchwyciły, a opozycja uznała ją za taran, którym można będzie rozbić układ rządzący i podważyć wiarygodność prezydenta. Dziennikarze i politycy, do tego momentu biadający nad niebezpieczeństwem "rządzenia poprzez komisje śledcze", wykorzystali przywołaną sprawę, aby domagać się powołania natychmiastowo... komisji śledczej.
Lech Kaczyński tłumaczył, że nie zlecił śledztwa przeciw dziennikarzom "Rzeczpospolitej", ale w sprawie prowokacji, którą, posługując się dziennikarzami, zorganizowali agenci tajnych służb. Skalę działań prokuratury miał uzasadniać fakt, że nie było to działanie odosobnione, ale proceder, który w III RP służył postkomunistycznemu układowi do rozprawiania się z przeciwnikami. Właściwie więc PiS powinien zaakceptować powołanie komisji, domagając się tylko rozszerzenia zakresu jej działania na całość nielegalnych działań tajnych służb z wykorzystaniem mediów. Politycy PiS zaproponowali jednak powołanie komisji, która miałaby w ogóle zbadać nieprawości w mediach dokonane od powstania III RP. Taki projekt wydaje się wątpliwy nawet z punktu widzenia prawa, gdyż media nie są instytucją państwową, choć pełnią w państwie istotną funkcję, i nie wiadomo, jak wiele z ich działań, nawet tych, które mogą budzić uzasadniony sprzeciw, miałoby zostać formalnie osądzonych. Z drugiej jednak strony, sprawy, które poruszał Jacek Kurski, uzasadniając potrzebę powołania takiej komisji, nie były wyssane z palca. Historia mediów III RP ma swoją ciemną stronę, którą warto byłoby oświetlić. Nie wystarczy to jednak dla uzasadnienia powołania komisji o równie szerokich, co nieprecyzyjnych celach. Jej projekt przedstawiony został w mediach jako "zemsta na dziennikarzach". PiS na szczęście wycofało się z niego. Sprawa została przesłonięta awanturą bankową.

Wybuchowa fuzja
Rząd Kazimierza Marcinkiewicza uzasadnia swoją walkę przeciw fuzji banków Pekao SA i BPH naruszeniem przez właściciela umów podpisanych z władzami Polski oraz utworzeniem w jej efekcie niezwykle silnego i dominującego na rynku polskim podmiotu, co nie sprzyja konkurencji w tej dziedzinie. Problemem jest to, że zmiany właścicielskie odbyły się poza granicami Polski. Uni-Credit, posiadający większościowy pakiet Pekao, kupił HVB, niemieckiego właściciela BPH. Można powiedzieć, że to, iż UniCredit nie próbował się w tej sprawie porozumieć z instytucjami polskimi, było zachowaniem niewłaściwym. Kupując Pekao, włoski bank zobowiązał się nie dokonywać przez określony czas zakupów w polskim sektorze bankowym. Czy jednak ten fakt wystarczy, aby polska strona mogła wygrać spór? Zmiany właścicielskie właściwie już nastąpiły, a tendencja do koncentracji w tej sferze gospodarki jest powszechna. Krytycy polskiego rządu wskazują na zdecydowaną postawę instytucji UE broniących swobody przepływów bankowych, co przekłada się na obronę działania UniCreditu. Można argumentować, że UE nie wykazuje takiego samego zdecydowania w walce o swobodę przepływu usług czy pracy.
Przypuszczalnie determinację rządu w sprawie fuzji banków zwiększa to, że prezesem Pekao SA jest Jan Krzysztof Bielecki, ważna postać środowiska PO (choć nie członek partii), a fuzja banków czyniłaby go najbardziej wpływową postacią w polskim systemie bankowym. Nie pozostawałoby to bez wpływu na znaczenie głównego konkurenta PiS.

Wojna o Balcerowicza
Spory dotyczące funkcjonowania banków są w Europie na porządku dziennym i nic nie wskazywało, że w Polsce batalia o bankową fuzję stanie się najważniejszym ośrodkiem walki politycznej, aż do momentu wykluczenia przez Leszka Balcerowicza z obrad Komisji Nadzoru Bankowego reprezentanta rządu Cezarego Mecha. To posunięcie nie wydaje się sensowne, jakkolwiek ekspertyzy na ten temat są rozbieżne i również prezes NBP dysponuje prawnymi uzasadnieniami. Zarzucanie jednak stronniczości reprezentantowi rządu, który ma na ten temat określoną opinię i stał się poniekąd stroną w sprawie, wydaje się nonsensowne. Przywołanie jako powodu nieautoryzowanej wypowiedzi wiceministra, w której sugerował on UniCreditowi inną strategię, wątpliwości może tylko pogłębiać. Niezwykle aroganckie wystąpienie Leszka Balcerowicza przed Sejmem, w którym prezes NBP zamiast tłumaczyć swoją decyzję, obrażał posłów (zaznaczył, że pojawił się on tam wyłącznie z powodu "szacunku dla instytucji", a nie dla obecnie w nim zasiadających), atmosferę niezwykle zaogniło.
Jest symptomatyczne, że większość mediów i środowisk opiniotwórczych zupełnie pominęła niedopuszczalny charakter wypowiedzi Balcerowicza, występując wyłącznie w jego obronie i oddając się oburzeniu z powodu "obrażania go", co, o ile się zdarzyło, wpisywało się w (nie najpiękniejszą) praktykę demokracji i - co najmniej w tej samej mierze - dotknęło przeciwników prezesa NBP. To zachowanie doskonale oddaje antydemokratyczną mentalność III RP. Buduje ją przeświadczenie, że istnieją osoby (i środowiska), tzw. autorytety, wyłączone spod krytyki, a każda jej próba jest uznawana za odpowiednik tradycyjnej "obrazy majestatu". Do takich osób należy Leszek Balcerowicz. Drugą stroną tego medalu jest stygmatyzowanie "złych charakterów", których każde wystąpienie i działanie jest dyskredytowane bez jakiejkolwiek próby analizy. Efektem takiego podejścia jest przekonanie, że są ludzie i środowiska w sposób naturalny przeznaczeni do rządzenia w sensie dosłownym i metaforycznym. Jeśli demokracja wynosi innych, oznaczać ma to tylko ułomność jej procedur, które winny być możliwie szybko naprawione, w co angażują się bez reszty opiniotwórcze środowiska III RP. Takie podejście eliminuje racjonalną debatę i merytoryczną analizę.
Z wystąpienia Leszka Balcerowicza można wnosić, że uwierzył on w przypisywane mu przez media i opiniotwórcze środowiska na poły boskie dyspozycje. Ze słów prezesa NBP wynikało, że to on uosabia państwo prawa, tak jak według jego apologetów uosabia on gospodarkę rynkową, a jego odejście będzie oznaczać powrót do socjalizmu. W rzeczywistości Balcerowicz pozostanie w historii Polski najprawdopodobniej odpowiednikiem Władysława Grabskiego, a więc pogromcą inflacji i twórcą solidnej polskiej waluty. Jest to wystarczający tytuł do chwały. Nie znaczy to jednak, że słusznie cieszący się nią ekonomista i polityk nie nie popełnia błędów. Przedstawiciele PiS zasadnie wskazali, że zachowuje się on jak przywódca partii opozycyjnej, a nie bezstronny funkcjonariusz państwa. Nie sposób sobie wyobrazić i przywołać przykładu podobnego zachowania ze strony jakiegokolwiek prezesa narodowego banku.

Prześwietlanie systemubankowego
Niejako w odpowiedzi na zachowanie Balcerowicza PiS wystąpiło z inicjatywą powołania komisji sejmowej, która, można odnieść wrażenie, ma zbadać historię bankowości III RP. Chodzi o komisję, jak w wypadku dziennikarskiej, o równie szerokich, co niesprecyzowanych zadaniach. Leszek Balcerowicz ogłosił, że są to działania bez precedensu w dziejach cywilizowanych państw. Ta typowa emfaza, żeby nie powiedzieć histeria, cechująca przeciwników PiS już od momentu wyborów, ma się nijak do rzeczywistości. W XX wieku w Stanach Zjednoczonych powstało kilka komisji parlamentarnych, które badały amerykański system bankowy. Również działania obecnego rządu prowadzące do reformy nadzoru bankowego, który nie działa w Polsce dobrze, przedstawiane jako zamach na niezależność banków, mieszczą się w światowych tendencjach do usprawnienia tych instytucji. Oczywiście, można dyskutować każde rozwiązanie, ale wstępne przypisywanie złej woli projektodawcom bez podania argumentów i analizy konkretu, uniemożliwia debatę. A tak niestety funkcjonuje cała retoryka polegająca na insynuowaniu "zawłaszczania państwa przez PiS".
Jarosław Kaczyński twierdzi, że komisja bankowa jest swoistym erzacem komisji prawdy i sprawiedliwości, której PiS nie jest w stanie powołać. W historii III RP znaleźć można liczne nieprawidłowości i skandale bankowe, czy jednak tak szeroko podejmująca swoje działanie komisja w tak niesprzyjającym czasie jest w stanie wyświetlić ich znaczącą część? Można założyć, że na jej powołanie wpływ mogą mieć przyspieszone wybory, których PiS, jak wszystko na to wskazuje, będzie chciało jak najszybciej.
Szkodliwe jest natomiast zapowiadanie bez żadnego uzasadnienia, że komisja bankowa ma służyć podporządkowaniu sobie systemu bankowego. Paradoksalne jest to, co robią politycy PO, czyli deklarowanie obrony polskiej waluty i jednoczesne straszenie, że w obliczu zagrożenia (?) inwestorzy zaczną z Polski masowo uciekać i że zbliżamy się (nie wiadomo dlaczego) do argentyńskiego scenariusza. Nakręcana w ten sposób spirala paniki może mieć wpływ na zachowania inwestorów. Jest uderzające, że wszystkie te alarmistyczne wypowiedzi nie odwołują się do żadnych konkretnych działań, a ich autorzy ograniczają się do "demaskowania" oczywiście złych intencji swoich rywali. Tymczasem co do intencji demaskatorów również można żywić uzasadnione wątpliwości.

Jak PiS państwo zawłaszczało
Jan Rokita wymienił z trybuny sejmowej "wojenki, które PiS podjęło przeciw niezależnym instytucjom państwa", co miałoby uzasadniać niezwykle ostre zarzuty formułowane przez PO wobec partii rządzącej. Krytykę ową podważa jednak nie tylko fakt, że w swoim programie wyborczym partia Kaczyńskich zapowiadała zasadniczą reformę dziedzin, o których mówił polityk PO, co w każdym wypadku musiało się wiązać z konfliktem, ale że sam Rokita deklarował wówczas potrzebę takich właśnie głębokich zmian.
Potrzeba rozwiązania Wojskowych Służb Informacyjnych, które nie zostały zreformowane od czasów PRL i stały się państwem w państwie, była deklarowana również przez polityków PO. Fakt, że współtworzą one potężny postkomunistyczny biznesowo-polityczny układ, pozwala domniemywać, że nie poddadzą się bez walki, w której posługiwać się będą typowymi dla siebie metodami: prowokacjami i dezinformacją. Czy to oznacza, że należało zrezygnować z tej "wojenki"?
Najpoważniejszą sprawą, którą PiS obiecywało zreformować, jest chory polski wymiar sprawiedliwości. Przedstawianie tego jako zamachu na niezależną instytucję państwową jest nadużyciem. Wymiar sprawiedliwości w naszym kraju nie spełnia swoich elementarnych funkcji, a więc Polskę trudno nazwać państwem prawa. Przyznawało to wielu prawników, którzy dziś, powodowani korporacyjną solidarnością albo konformizmem, podpisują listy nazywające zamachem na niezawisłość sądową krytykę niekompetencji i korupcji. W końcu niezawisłość ta nie jest wartością, ale instrumentem do budowy państwa prawa. Jeśli służy głównie obronie korporacyjnego interesu, to należy rozważyć specjalne działania, których celem będzie nadanie właściwego kształtu tym instytucjom. I działania te musi podjąć państwo, czyli wybrane w demokratycznych wyborach władze. Oczywiście, łatwo jest każdą próbę przeprowadzenia reform w tak newralgicznym sektorze ośmieszać opowieściami o "sądach ludowych", "rewolucyjnej sprawiedliwości" etc. Nie przybliży to jednak rozwiązania problemu.
Okazało się, jak naiwne było funkcjonujące na zasadzie doktryny na początku lat 90. wyobrażenie, iż środowisko prawnicze PRL wystarczy wyposażyć w gwarancje, które mają ich odpowiednicy w dojrzałych demokracjach, aby stanęło ono na straży państwa prawa. Gwarancje te, a więc wzmocnienie dominującego w nim środowiskowo-politycznego układu, nie tylko nie doprowadziły do jego "samooczyszczenia", ale utrwaliły występujące w nim patologie. Nie wystarczy pewnej zbiorowości nadać miana szacownej instytucji państwowej, aby zaczęła ona realizować jej funkcje.
Podobnie sprawa ma się ze "służbą cywilną", którą ekipa Millera zdążyła obsadzić swoimi PRL-owskimi kolesiami. Przedstawienia ich eliminacji z korpusu urzędniczego jako zamachu na niezależność służby cywilnej wymaga albo sporej ignorancji, albo złej woli. Pozostawienie ich na stanowiskach nie tylko uniemożliwiłoby realne rządzenie każdej nowej ekipie, ale coraz głębiej deprawowałoby biurokratyczny korpus urzędniczy, który w III RP uniemożliwia rządzenie. Jan Rokita (tak jak i inni politycy PO) dawał wielokrotnie wyraz temu, że zdaje sobie sprawę z tych uwarunkowań. Czy więc przedstawianie reform w kluczowych dla państwa dziedzinach jako próby zawłaszczania go i doraźnych wojenek braci Kaczyńskich nie jest poświęcaniem dobra wspólnego na rzecz doraźnej gry politycznej?
Sensowność głębokich reform nie oznacza, że nie mogą one zostać wykorzystane na rzecz partykularnego interesu partii rządzącej. Innymi słowy, że nie staną się instrumentem zawłaszczania państwa. Taka krytyka wymagałaby jednak konkretnych przesłanek. Dziś PO, wspierana przez ośrodki opiniotwórcze i media, za taki proceder uznaje samą próbę reform. Można więc przyjąć, że partia ta odstępuje od swojego projektu wyborczego, który najpełniej uosabiał właśnie Rokita ze swoim rządowym planem reform, i staje się siłą rzeczy sojusznikiem układu.

Polski układ
Jednym z najbardziej ośmieszanych pojęć w polskiej publicystyce jest dziś określenie "układ". Można odnieść wrażenie, że wróciliśmy do lat 90., gdy każda próba dostrzeżenia socjologicznych prawidłowości była piętnowana jako "myślenie spiskowe". Klasyfikowana tak była każda próba pokazania, jak w naszej rzeczywistości funkcjonują grupowe interesy. Tymczasem fakt, że III RP wykształciła swój establishment, jest oczywisty. Każdy establishment, a u nas jest on powiązanym formalnymi i nieformalnymi relacjami układem biznesowo-polityczno--medialnym, broni stanu posiadania. Jest to równie oczywiste jak niebezpieczne. Pozostaje pytanie: czy skądinąd naturalny dla głównej siły opozycjnej, jaką jest PO, pęd do wykorzystywania wszelkich okoliczności, by zaatakować władze, nie prowadzi jej na antypody krytycznej postawy wobec polskiej rzeczywistości, a w efekcie programu określającego tożsamość tej partii?
Niedawno w "Gazecie Wyborczej" wpływowy polityk PO, Janusz Palikot, opublikował artykuł, w którym zadeklarował (w imieniu partii), że mimo swojego solidarnościowego rodowodu jest gotów wspólnie z SLD bronić Polski przed dyktatorskimi zapędami PiS. Jak można się domyślać, nie podał żadnego uzasadnienia tak ostrego oskarżenia swoich politycznych konkurentów. Dużo było natomiast, jak zwykle, o ich intencjach, charakterach, krzykach i o tym, że obecny Sejm jest najgorszy w III RP, z czym, mimo że po raz pierwszy znalazł się w nim Palikot, trudno się zgodzić.
Artykuł Palikota ma typowy charakter demaskacji demaskatora i mówi właściwie tylko o postawie PO, a więc wyborze sojusznika w walce o władzę. Można uznać, że podział polskiej sceny politycznej na dwa bloki, gdzie w jednym - konserwatywno--ludowym - będzie dominowało PiS, a w drugim - liberalno-lewicowym - PO, nie jest złą perspektywą. Pozostaje jednak pytanie, czy integracja PO z układem III RP nie zablokuje reform, które w trakcie ostatnich wyborów wydawały się możliwe, gdyż ich wolę deklarowały dwie największe partie?

Zaniechania i nieroztropność
Obrona establishmentu, która naruszanie status quo w jakiejkolwiek dziedzinie nazywa zamachem na demokrację i zawłaszczaniem państwa, utrudnia rzeczową krytykę i debatę nad działaniem obecnego rządu, którego przypadłości wydają się polegać na czymś odwrotnym, niż się mu zarzuca. Ciągle nie pojawił się pakiet reform, których zadaniem byłaby realizacja programu PiS. Można wskazywać, że są one blokowane w parlamencie, gdzie nawet sojusznicy PiS nie ułatwiają mu życia, ale przewlekłość tych działań trudno policzyć na korzyść partii.
W gospodarce, gdzie przeciwnicy PiS zarzucają mu zejście z drogi, którą kroczy-ły podobno wszystkie rządy III RP, jego największą przypadłością jest właśnie brak radykalnych reform i lękliwość wobec konkretnych, głównie związkowych grup nacisku. Widać to po zaniechaniu rozprawy z agencjami, które oplotły państwo i pasożytują na nim, czyniąc gospodarkę nieprzejrzystą. Widać to po pozostawieniu bez zmian KRUS, która nakłada na państwo obowiązek fundowania emerytur rolniczych itd. Zyta Gilowska obiecuje pakiet ustaw mających doprowadzić do zmian w gospodarce. Wprawdzie Gilowska objęła swój urząd niedawno, ale niecierpliwość obywateli w tej sprawie wydaje się uzasadniona.
Można odnieść wrażenie, że liderzy PiS pogodzili się z niechęcią mediów i nie tylko przestali się z nimi liczyć, ale pozwalają sobie na nieprzemyślane wypowiedzi, które wzmacniają tylko stereotypy na ich temat. Celuje w tym wicepremier Ludwik Dorn, który wydaje się jednym z najlepszym ministrów, realizującym głęboki plan reformy MSW, a stał się bete noire obecnego rządu. Przykład premiera pokazuje, że można zmienić nawet ostentacyjną niechęć wielu dziennikarzy.
Pozostaje również pytanie, czy roztropne jest otwieranie kolejnych frontów, jak choćby walki z bankami, gdy konflikty wywołane próbą zmiany w innych dziedzinach społecznych (wymiar sprawiedliwości, tajne służby) są dalekie do przezwyciężenia. Na te działania można popatrzeć też jako na element rozpoczynającej się kampanii wyborczej.
Trzeba jednak przyznać, że sytuacja PiS jest bardzo trudna. Przeciwnicy zarzucają mu antydemokratyczny zamach stanu, gdy usiłuje on realizować fundamentalną zasadę demokracji, to znaczy rządzić po wygranych wyborach.