sobota, marca 04, 2006

Historia pewnej histerii

rzeczpospolita 03/03/2006

Nie utraty wolności powinniśmy się przede wszystkim obawiać, ale możliwości, że jej nie urealnimy
Historia pewnej histerii

Naiwni korespondenci prasy zagranicznej, niemający wyczucia polskiej skłonności do groteski i tragikomizmu, dają się nabrać

ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI
#Historia pewnej histerii
(c) MIROSŁAW OWCZAREK

Ogłoszono alarm. Nie dla miasta Warszawy, lecz dla całej Polski, dla III Rzeczypospolitej. Od czasu wyborów rozdzwoniły się medialne dzwony, elity intelektualne zachrypły od krzyku, ostrzegawczy głos niektórych przywódców opozycji rozbrzmiewa przenikliwie jak róg Rohanu, gdy Boromir staczał swą ostatnią walkę z orkami. W Radiu Tok FM komentarze zamieniają się w rejestry błędów, uchybień, intryg i dyktatorskich zapędów. Na naszych oczach kona wolność.

Zaczęło się od gejów i lesbijek w Poznaniu, skończyło - ale tylko na razie - na Muńku Staszczyku, któremu w Lublinie zakneblowano usta za koszulkę z napisem, że jest cyklistą. Kneblują wprawdzie zupełnie różni wrogowie wolności, ale wiadomo, kto za tym stoi - i jest ich co najmniej dwóch. Wraz z wolnością upada praworządność. Minister Ziobro zamierza podnieść kary za gwałt ze szczególnym okrucieństwem, a jednocześnie sam pogwałcił niezawisłość sądu, który orzekł w majestacie prawa, że odśnieżanie dachów nie należy do obowiązków właścicieli obiektów. Co więcej, postanowił samodzielnie dobierać sobie doradców. Minister Dorn zwalnia zasłużonych dla bezpieczeństwa III RP esbeków. Sojusznicy w NATO i na Kremlu denerwują się planami rozwiązania WSI.

NIEZDROWA SATYSFAKCJA

Załamał się kurs złotego. Becikowe sprawiło, że inflacja galopuje jak oszalała, ostatni inwestorzy pakują manatki, masowe porody obciążyły i tak niewydolną służbę zdrowia, a lekarzom pracę utrudniają dornowskie kamasze. Polska wyizolowała się z Europy, ze świata zachodniego. Dobrze, że ostatecznie nie zerwały się stosunki polsko-amerykańskie, chociaż prezydent Bush znowu przeszedł na "mister" z polskim prezydentem. Ale zostało to okupione wasalnymi deklaracjami o możliwości wprowadzenia wiz dla Amerykanów.

Na scenie politycznej panuje bezwzględna walka o władzę dla samej władzy. Przez parę miesięcy niemal codziennie słyszeliśmy ze strony niedoszłego koalicjanta: "Jeszcze raz zostaliśmy oszukani". Zdarzało się to tak często, że budziło się podejrzenie, iż obie strony czerpią z tej gry jakąś niezdrową satysfakcję - i PiS jak "domina", i traktowana rozmaitymi politycznymi biczykami, masochistyczna PO. Nie lepiej PiS obchodzi się z sojusznikami. Poniżono Andrzeja Leppera, poniżono Romana Giertycha. Wstrząsające doniesienia o tym fakcie miały wzbudzić powszechne współczucie wśród Polaków. "Czy widzieli państwo ich twarze? " - pytano nas we wszystkich programach, radiowych i telewizyjnych. Któż odważyłby się założyć koszulkę z napisem - "Nie płakałem, gdy poniżano Andrzeja Leppera"?

Prezydent ogłosił orędzie godzinę później, niż zapowiedział. Co więcej, nie rozwiązał parlamentu, udaremniając w ten sposób bujny rozwój społeczeństwa obywatelskiego, które nie mogło się wykazać obywatelskim nieposłuszeństwem. Także Trybunał Konstytucyjny pozbawiony został okazji, by pokazać, że wątpliwości co do jego odwagi są tylko czczą insynuacją. Jakby tego wszystkiego było mało, bulwersującą wiadomość przyniósł śp. "Nowy Dzień". Okazało się mianowicie, że sąsiedzi odetchną z ulgą, gdy wreszcie prezydent z małżonką przeniosą się do Pałacu Prezydenckiego, bo państwo Kaczyńscy nie przyjmują zaproszeń sąsiadów na herbatę. Co za niemiły kontrast - państwu Kwaśniewskim zarzucano nawet, że zbyt pochopnie przyjmowali niektóre zaproszenia.

MOWA PRZECZY TREŚCI

Takie i podobne alarmistyczne doniesienia należy oczywiście traktować z przymrużeniem oka, ale niektórzy naiwni korespondenci prasy zagranicznej, niemający wyczucia polskiej skłonności do hiperboli, groteski, do tragikomizmu, do emfazy, dają się nabrać. My wiemy, że zbyt wiele jest w tych doniesieniach hipokryzji, aby mogły być wiarygodne, że ci, którzy powołanie pana Borysiuka ogłosili klęską narodową, nie tylko z największym spokojem znosili panią Danutę Waniek i inne dziwne postacie w KRRiT, ale także bynajmniej nie protestowali zbyt gwałtownie, gdy redaktor Gembarowski flekował Mariana Krzaklewskiego. Pamiętamy, że Andrzeja Leppera i Romana Giertycha przedstawiano latami jako największe polityczne zagrożenie. Dlaczego więc teraz tak martwi rzekome poniżenie populistów i endeków? Wszak po pierwszym głosowaniu w nowym parlamencie rozległy się wzburzone głosy, że IV RP ma twarz Leppera. Czyż wypadało tym samym ludziom biadać nad upokorzeniem malującym się na tej twarzy?

Z tego całego zgiełku można wydobyć motyw poważny i szlachetny - troskę o wolność i praworządność. Czy jednak rzeczywiście jest ona zagrożona? Jeśli wybitny socjolog skarży się na postępujące jej ograniczenia i jednocześnie porównuje ministra sprawiedliwości do zetempowca, a o ministrze spraw wewnętrznych mówi per Lutek, to jest to typowy przykład sprzeczności performatywnej - samo wykonanie aktu mowy przeczy jego treści.

MÓWIĆ, ABY NIC NIE POWIEDZIEĆ

W istocie w kraju rzekomej dyktatury to PiS i rząd są pod nieustannym atakiem. Premier, ministrowie muszą tłumaczyć się jak uczniowie przed dziennikarzami. Ci wykrzykują, przerywają, sami odpowiadają na swoje pytania, przywołują ich do porządku, pouczają i donoszą, co na nich powiedział inny polityk w innym programie. Już w kampanii wyborczej skoncentrowano się niemal zupełnie na sprawach personalnych - dzień bez nowej awantury, czasami sztucznie wywołanej lub podsycanej wydaje się stracony. O premierze mówi się, że jest medialny. W rzeczywistości jego medialność polega wyłącznie na tym, że wbrew doniesieniom i komentarzom pozostaje popularny wśród wyborców.

Oczywiście, wina leży także, a może przede wszystkim, po stronie polityków. Tylko postkomuniści pamiętają o podstawowej zasadzie skutecznej polityki - nie pozwala się zaglądać publiczności za kulisy. Jedną z największych umiejętności nowoczesnego polityka jest takie wypowiadanie się, aby nic nie powiedzieć. W Polsce po wyborach postulat przejrzystego państwa został w pewnym momencie jawnie sprowadzony do absurdu, gdy pierwsza runda negocjacji koalicyjnych miała toczyć się przed kamerami. Politycy zrywają się skoro świt i zarywają noce, by pojawić się w studiu radiowym lub telewizyjnym. Nader szybko puszczają im nerwy, a język lata jak łopata - niezależnie od orientacji politycznej. O prezydencie, który nie uległ tej manii i naciskowi żądnej igrzysk publiczności, mówi się, że jest pasywny.

LEKTURA NA KOLANACH

Usprawiedliwiony wydaje się niepokój, że następuje tylko wymiana osób, i to nie zawsze na prawe i kompetentne, a nie zmiana reguł. Tyle że gdy przyjrzymy się, o jakie reguły chodzi krytykom, okazuje się, że najczęściej są to reguły, które chroniłyby osoby i grupy dotychczas nadmiernie chronione i uprzywilejowałyby dotychczas uprzywilejowanych. Tym, którzy twierdzą, że państwo jest "zawłaszczane", chodzi często raczej o "wywłaszczanie" tych, którzy czuli się w III RP jak pączki w maśle. Dotyczy to także "klasy interpretatorów". Ostatnio profesor Jerzy Jedlicki zdefiniował inteligencję jako czytelników "Gazety Wyborczej", "Tygodnika Powszechnego" i "Polityki". Zapomniał dodać, że sama lektura nie wystarczała - musiała to być lektura na kolanach.

Pozornym tylko paradoksem jest fakt, że ludzie, którzy pieczołowicie strzegli swego monopolu ideowego, uprawiali "przemoc symboliczną" i gotowi byli wypychać ze sfery publicznej polemistów, krzyczą teraz o zagrożeniu wolnego słowa. A jeśli tak się denerwują intelektualiści, to co dopiero powiedzieć o biznesowych i politycznych elitach III RP? Co powiedzieć o funkcjonariuszach zagrożonych zwolnieniem lub osobach z trwogą myślących o lustracji? Nic dziwnego, że zdenerwowanie wyraża się agresją, wybuchami nienawiści - z jednoczesnym ubolewaniem nad degradacją języka.

JEDYNY KOALICJANT DLA PO

Tylko po części można te nastroje tłumaczyć frustracją, że nie powstała koalicja PiS i PO. Rzeczywiście, wydawało się, że wynik wyborów umożliwia realizację programu liberalno-konserwatywnej przemiany Polski. Jednak nie udało się skonstruować większości parlamentarnej. Przez parę miesięcy polska opinia publiczna obsesyjnie zajmowała się dociekaniem przyczyn, usiłując ustalić winnego. Z perspektywy czasu coraz bardziej należy wątpić, czy rzeczywiście koalicja byłaby najlepszym rozwiązaniem, czy byłaby bardziej stabilna niż obecna tak niedoskonała koalicja parlamentarna.

Coraz wyraźniejsze są różnice programowe i mentalnościowe między PiS i PO. Trudno także nie zauważyć, że żal za niedoszłą koalicją wynika bardzo często nie tyle z obawy, że stracono możliwość szybkiego i skutecznego przeprowadzenia radykalnych reform, co z płonnych nadziei, że jeszcze raz wszystko rozejdzie się po kościach, że skończy się na zapowiedziach. Dzisiaj już niebardzo wiadomo, na czym mogłoby polegać "szarpnięcie cuglami", które kiedyś zapowiadał Jan Rokita - musiałby wziąć w ryzy swą własną partię. Jeśli na najbliższym zjeździe PO dojdzie do władzy grupa związana z Pawłem Piskorskim, wszystko stanie się jasne. Uczciwość, konsekwencja i honor nakazywałyby wówczas tym, którzy opowiadali się za gruntowną przebudową państwa, wystąpienie z tej partii. Tym bardziej że jedynym możliwym koalicjantem PO staje się SLD.

POWODY POPARCIA DLA RZĄDU

Jest jeszcze jedna, zupełnie odmienna wersja wydarzeń. Część polskiego społeczeństwa - większa, lecz mniej hałaśliwa, bo nie tak elitarna - podziela wprawdzie zdanie, że w Polsce wolność jest zagrożona, ale nie przez ostatnich parę miesięcy, lecz przez ostatnich paręnaście lat, nie przez rządy PiS, lecz niejawne, skorumpowane postkomunistyczne struktury oligarchiczne. Zadziwiające, że o tym już zupełnie zapomniały media i antypisowscy intelektualiści oraz politycy. Od czasu wyborów jak ręką uciął skończyły się doniesienia o postkomunistycznej korupcji. Problem zniknął w cudowny sposób. Nikt już nie zajmuje się tajemniczymi interesami i powiązaniami panów Żagla, Kuny, Wiatra, Dochnala, Ałganowa, Kulczyka, Kaczmarka itd.

Lecz Polacy nieulegający apokaliptycznym wizjom nadchodzącego autorytaryzmu widzą, że kończy się bezkarność, że zaczęto się brać za korupcję, że to, co zapowiadano przed wyborami, to nie były tylko słowa. Mimo że zapewne nie czytali raportu Banku Światowego, z którego wynika, że Polska jest jedynym krajem postkomunistycznym, w którym rośnie, a nie maleje ubóstwo, oczekują wyrównywania różnic społecznych. Widzą, że pozycja międzynarodowa może się umocnić, że prezydent Putin odkrył w nas pobratymców, prezydent Chirac pozwoli nam otworzyć usta, a prezydent Bush zauważył różnicę biografii obecnego i poprzedniego polskiego prezydenta i wyciągnął z tego stosowne wnioski.

Dlatego mimo bicia w bęben antypisowskiej propagandy, poparcie społeczne dla rządu jest tak znaczne. Nie jest ono niczym dziwnym. Program, który zakłada zmniejszanie, a nie zwiększenie różnic społecznych, wzmacnianie, a nie osłabianie państwa, stanowczą politykę zagraniczną i szacunek dla przeszłości narodowej, jest słuszny. Od jego realizacji zależy, czy uda się Polakom wybić na lepszą demokrację, na dobrobyt, nie tylko dla nielicznych, na niepodległość w pełni tego słowa. W razie przegranej kolejna szansa pojawiłaby się pewnie dopiero w następnym pokoleniu. Rzeczywiście może okazać się, że taktyka zjada strategię, że skończy się znowu na wymianie osób, że od dekonstrukcji nie będzie przejścia do działań konstruktywnych, że walka o stabilizację władzy nie będzie miała końca, że zwycięży wąski, partyjny wymiar polityki.

Może się także okazać, że siły nowej transformacji okażą się zbyt słabe, że nie uda się przełamać oporu "czworokąta". To drugie zagrożenie wydaje się znacznie bardziej realne i bezpośrednie. Nie utraty wolności powinniśmy się przede wszystkim obawiać, ale możliwości, że jej nie urealnimy, nie ostrych decyzji i cięć, lecz ciągłości i kunktatorstwa, nie dyktatury, lecz chaosu i inercji.

ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI, Socjolog i filozof, profesor Uniwersytetu w Bremie oraz Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Ostatnio wydał książkę "Drzemka rozsądnych"