czwartek, marca 02, 2006

Ile razem dróg przebytych

rzeczpospolita 25/2/2006

PORTRETY
Ile razem dróg przebytych

Nauczył nas, że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy. Sam też nie traci pogody ducha i przez to jeszcze trudniej pogodzić się z faktem, że artystyczny dorobek Marka Grechuty jest zamknięty. - Wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam własnej pracy. Ale pomysły podsuwał mi Bóg - podyktował żonie, kiedy przesłałem e-mailem pytania.

Marek Grechuta 1971 r.
(c) JAROSŁAW JAŁOSIŃSKI/FORUM
Fryderyki 2001, nagrody przemysłu muzycznego, Grechuta został laureatem przyznanej po raz pierwszy statuetki Złotego Fryderyka
(c) BARTŁOMIEJ ZBOROWSKI

Danuta i Marek Grechutowie mieszkają w białym, piętrowym domu otulonym łąką i lasem. Za dwa lata minie czterdziesta rocznica ślubu. Życie toczy się na ogół między aneksem kuchennym a salonem z wieżą i telewizorem, w którym zbyt często ich zdaniem pokazywana jest przemoc, a zbyt rzadko - stare polskie filmy, ciepłe komedie i piękne koncerty. Co tydzień oglądają mszę na placu św. Piotra. Najwyżej cenią spokój, dlatego nie wpuszczają do domu dziennikarzy. Możemy porozmawiać przez Internet. - Jak pan się czuje? - Tak jak każdy sześćdziesięciolatek - odpowiada Marek Grechuta. - Mam zaszczyt dostąpić wszystkich zalet i niedogodności tego wieku. Często dokucza mi kręgosłup, to reminiscencje przebytego wiele lat temu zderzenia czołowego samochodem.

- Co mąż sądzi o dzisiejszym świecie? - pytam panią Danutę. - Polityką nigdy się nie interesował - odpowiada. - Jest szczęśliwy, że wreszcie w Polsce zaistniała demokracja. Chciałby jedynie poznać prawdę o ludziach, którzy donosili na innych. Docenia postęp technologiczny, który tak ułatwia życie. Jest zadowolony, że urodził się w Europie, że żyje w kręgu kultury chrześcijańskiej. Podziwia też Stany Zjednoczone, gdyby zaszła taka konieczność, umiałby tam mieszkać. Wierzy w to, że Europejczycy z Amerykanami uchronią świat od najgorszego.

Głos pokolenia

- Byłam przed kilkoma laty na koncercie Marka i to było jedno z najbardziej wstrząsających doznań w moim życiu - opowiada Krystyna Janda. - Już nie miał głosu, nie był w stanie śpiewać długich nut, zespół go ratował. Przez dwie godziny płakałam bez przerwy. Nagle zrozumiałam, kim dla mnie jest ten człowiek. Ukształtował gust całego pokolenia. Nazywał nasze marzenia i wzruszenia. Oczywiście, robiła to też Ewa Demarczyk, ale ona była z innej planety. A Marek czuł jak my. Był naszym głosem.

- Mogę tylko powtórzyć za Piotrem Skrzyneckim, że to najgenialniejszy polski piosenkarz - mówi Magda Umer. - Zmieniały się muzyczne mody, a jego piosenki wciąż zniewalają świeżością.

Te najbardziej znane, jak "Serce", "Korowód", "Niepewność", "W dzikie wino zaplątani" czy "Dni, których nie znamy" powstały do muzyki Jana Kantego Pawluśkiewicza.

- Nasze dzisiejsze spotkania są bardzo przyjemne - opowiada kompozytor. - Ale o zamierzchłych czasach raczej nie rozmawiamy. Marek ma swój świat od wielu lat. Ja też żyję własnymi sprawami. Czasem przychodzi do mnie na sylwestra i wtedy jest zabawnie, bo okazuje się, że ani ja nie pamiętam nut do niektórych naszych piosenek, ani Marek słów. Wtedy prosimy Grzesia Turnaua i on nam przypomina.

- Moje uwielbienie dla twórczości Grechuty jest zbyt wielkie, bym mógł je opisać - dodaje Turnau. - Ja jestem jego wyznawcą.

Czarna Madonna straszy jurorów

Marek Grechuta urodził się w Zamościu, kilka miesięcy po zakończeniu II wojny światowej. Kiedy miał dwa lata, rodzice kupili mu pianino. Siostry ojca zaraziły resztę rodziny pasją śpiewania na głosy. Na początku brzdąkał z siostrą dla zabawy, ale z początkiem podstawówki zaczął kształcić się muzycznie w młodzieżowym domu kultury. Nie przeszkadzało mu to namiętnie grywać w piłkę nożną i trenować szermierkę. Lubił też chodzić do kościoła, a najbardziej - jeździć z mamą i siostrą do Kazimierza Dolnego. - Moje dzieciństwo było szczęśliwe - wspomina. Rodzice, Wanda i Zygmunt, rozwiedli się, kiedy miał 12 lat. - Trzeba było się z tym pogodzić.

W Liceum im. Zamojskiego recytował wiersze na apelach, potem założył zespół bigbitowy i na szkolnych zabawach śpiewał piosenki Presleya. Jednak kiedy przyszło wybrać kierunek studiów, zdecydował się na architekturę. Do jakiej budowli porównałby dziś swoje życie? "Do gmachu opery w Sydney" - odpowiada. Przed kilku laty mówił, że to najpiękniejszy budynek na świecie: "Żagle niemal przylegają do morza. Architektura i przyroda scalone w jedność. Oszałamiające".

Studiując na Politechnice Krakowskiej, regularnie odwiedzał Piwnicę pod Baranami, gdzie królowała Ewa Demarczyk. Wreszcie zaczął pisać.

- Przychodziłem do klubu Pod Przewiązką, gdzie ćwiczyłem standardy jazzowe - wspomina JanKanty Pawluśkiewicz. - Marek coś podśpiewywał przy pianinie. Tak się poznaliśmy.

- W małej salce w kilka osób założyli kabaret Anawa - mówi Magda Umer. - Z francuskiego "en avant", czyli do przodu, naprzód. No i poszli jak burza.

- Pierwsza była piosenka napisana do tekstu pani pielęgniarki z ZUS czy pogotowia ratunkowego - ciągnie Pawluśkiewicz. - Jakaś dziewczyna przyniosła jej pamiętnik i wręczyła Markowi. Wybraliśmy jeden wiersz, który zresztą brzmiał bardzo pielęgniarsko: "Weź to serce, wyjdź na drogę i nie pytaj się dlaczego...". Połączyliśmy go z tekstem Andrzeja Nowickiego, wówczas znanego warszawskiego poety. Napisałem muzykę i mieliśmy pierwszy numer.

- Najpierw na ich występy przychodzili koledzy i koleżanki z akademika. Potem zaczęły się pojawiać osoby spoza miasteczka studenckiego, artyści, intelektualiści - wspomina Magda Umer. - Tłumy kulturalnych ludzi, których oni wprawiali w osłupienie. Dzięki sposobowi zachowania się na scenie, skupieniu, antygwiazdorstwu, pięknym słowom. Byli nie tylko zdolni, ale i piękni. Błyszczące oczy i ognista czupryna Pawluśkiewicza, ideał męskiej urody, czyli Jacek Ostaszewski, cudowny hipis Marek Jackowski, który potem założył Maanam, Zbyszkowie - Wodecki i Paleta. Tadeuszowie - Kożuch i Dziedzic. Wreszcie Ania Wójtowicz, prześliczna wiolonczelistka, o której Wojtek Młynarski napisał przebój. Ale trudno było oderwać oczy od zjawiskowego uśmiechu Marka Grechuty.

- Powodzenie? To jest słabo powiedziane - twierdzi Pawluśkiewicz. - Dziewczyny na widok Marka, za przeproszeniem, sikały. Panie koło czterdziestki od razu chciały go schrupać. Od samego początku śpiewał, stojąc nieruchomo, nie wykonując najmniejszych gestów. Do dziś nie wiem, dlaczego, ale to robiło wrażenie. Potem bardzo szybko powstały piosenki, w których tekst był dobrą literaturą. To było odświeżające, bo wtedy rządził ostry bigbit: Czerwono-Czarni, Niebiesko-Czarni, Czerwone Gitary. Nikt wtedy nie wpadłby na pomysł, żeby śpiewać Gałczyńskiego czy Leśmiana. Ale naszą pierwszą sztandarową piosenką było "Tango Anawa". Marek Grechuta napisał tekst z przyjacielem - architektem Markiem Czuryłłą, był tam fragment: "te fortepiany i mandoliny w szalonym tangu Anawa". Te słowa miały wyrażać naszą muzyczną dezynwolturę, nonszalancję i ekstrawagancję przyokazji. Po prostu wiele rzeczy nam wisiało, może nawet za dużo.

W 1967 r. wystartowali w pierwszym etapie eliminacji Festiwalu Piosenki Studenckiej.

- Na politechnice Marek ledwie przeszedł do półfinału - ciągnie Pawluśkiewicz. - Dzięki temu znalazł się w gronie studentów szkoły teatralnej, Akademii Górniczo-Hutniczej czy Akademii Rolniczej, którzy musieli popisywać się na tzw. giełdzie środowiskowej, żeby jurorzy zakwalifikowali ich do ostatniego etapu. Marek miał notowania wysokie, ale nie na tyle, by wskoczyć do finału. Była tam jednak Ewa Demarczyk, niedużo od nas starsza, ale już gwiazda wielkiego formatu.

Marek Grechuta wspominał po latach: "Widzę te czarne oczy. Jest czarna madonna! Myślałem, że spadnę ze sceny. Podeszła po koncercie i powiedziała, że jej się podobało".

- Nie pamiętam, co mówiła potem do jurorów - przyznaje Pawluśkiewicz. - Ale chyba coś w stylu: "Jeśli on nie przejdzie, to mnie szlag trafi". No, to się przelękli.

- Finał odbywał się w Filharmonii Krakowskiej i pierwszy raz był transmitowany przez telewizję - wspomina Maryla Rodowicz, która zdobyła wtedy pierwszą nagrodę. - Marka zobaczyłam na próbach, widziałam jego koncert. Był wtedy już gotowym artystą, ukształtowanym, z własnym zespołem, świetnym repertuarem. Do tego sam pisał. Uważałam, że jest najlepszy. Jego "Tango Anawa" zostało uznane za piosenkę festiwalu, a on zajął drugie miejsce. Jednego dnia oboje staliśmy się sławni.

Zwrócony do środka

Wkrótce potem Demarczyk zaprosiła idola krakowskich studentek do Piwnicy pod Baranami. Piotr Skrzynecki żartował: "Proszę państwa, ten występ nie wchodzi w cenę biletu", jednak publiczność zgotowała debiutantowi gromkie owacje. W 1968 r. wygrał na festiwalu studenckim FAMA i pokazał się w Opolu, gdzie zdobył nagrodę dziennikarzy za "Serce". Rok później dostał tam nagrodę Telewizji Polskiej za "Wesele" - do słów Pana Młodego z dramatu Wyspiańskiego. W 1970 r. ukazał się album "Marek Grechuta & Anawa", teksty stanowiły w większości wiersze znanych poetów. Przeboje z tej płyty do dziś są grane w wielu stacjach radiowych: "Niepewność", "Twoja postać", "Nie dokazuj" czy napisane dla żony "Będziesz moją panią".

- Pisząc, raczej się z nikim nie konsultował - mówi Pawluśkiewicz. - Myśmy mu ufali. To był czaswszechogarniającej, bulgocącej kultury hipisów. Nie bardzo chcieliśmy w tym uczestniczyć, ale coś z tamtej radosnej atmosfery jednak dla nas wyniknęło. Marek napisał dwa teksty, które sygnalizowały, że chce być bliżej współczesności. To były piosenki "Świecie nasz" oraz "Dni, których nie znamy".

Drugi album grupy (z 1971 r.) przyniósł kolejne szlagiery, do których Grechuta napisał muzykę. Jak "Ocalić od zapomnienia" do wiersza Gałczyńskiego czy tytułowy "Korowód". Wkrótce ta druga piosenka z tekstem Leszka A. Moczulskiego, rozpoczynająca się od słów: "Kto pierwszy szedł przed siebie, kto pierwszy cel wyznaczył..." zdobyła Grand Prix w Opolu. Ale Grechuta i Pawluśkiewicz nie chcieli już występować razem.

- Towarzyszyli całemu mojemu studenckiemu życiu - wspomina Magda Umer. - Mimo że w 1973 roku byłam już panią magister, płakałam jak angielska nastolatka po rozstaniu Lennona i McCartneya, kiedy dowiedziałam się, że Jan Kanty Pawluśkiewicz zostaje szefem Anawy, a Marek zakłada grupę WIEM, czyli W Innej Epoce Muzycznej. Wydawało mi się, że popełniają artystyczne samobójstwo.

- To wynikało z naturalnego zmęczenia - opowiada Pawluśkiewicz. - Mnie ciągnęło już w szersze formy, chciałem pisać muzykę dla teatru. Marek patrzył na to z sympatią, ale równocześnie z niepokojem, że trochę od niego odchodzę, że nie do końca skupiam się na tym, czego on chce. Chciałem, żeby śpiewał z Anawą, ale rozbudowaną do czterdziestu osób. Marzyłem o tworzeniu muzyki symfonicznej, a on zdecydowanie wolał kameralny nastrój. Nie chciał zdradzić poezji.

Z grupą WIEM w 1972 r. Grechuta nagrał album "Droga za widnokres", który uznawany jest za kamień milowy polskiej piosenki. Śpiewa na nim do wierszy Ewy Lipskiej, Tadeusza Nowaka, Ryszarda Krynickiego i innych współczesnych poetów. Dwa lata później wydał "Magię obłoków" z piękną "Godziną miłowania". A potem znów spotkali się z Pawluśkiewiczem.

- Kiedy wydano wszystkie dzieła Stanisława Ignacego Witkiewicza, byłem pod ich wielkim wrażeniem - mówi kompozytor. - Ale kto by to umiał zaśpiewać? Był taki tylko jeden. Chociaż nie gniewaliśmy się z Markiem, najpierw spotkały się żony. Pogadały sobie trochę, a niedługo potem my zaczęliśmy układać refreny z Witkacego, które łagodnie przerodziły się w musical "Szalona lokomotywa". To był naprawdę szał. Teatr w rozkwicie, wszędobylski Krzysztof Jasiński, do tego Maryla Rodowicz...

- Po pierwsze Teatr STU był wtedy kultowym miejscem - mówi Rodowicz. - Po drugie tercet: Witkacy, Pawluśkiewicz i Grechuta. Czego chcieć więcej? Próby w Krakowie trwały kilka miesięcy, byłam często u Marka w domu, zaprzyjaźniliśmy się.

- Tamtego dnia nigdy nie zapomnę - opowiada Krystyna Janda. - Byłam świeżo po studiach i zdjęciach do "Człowieka z marmuru", robiłam jakiś Teatr Telewizji i szłam korytarzem na Woronicza. Nagle zobaczyłam, że naprzeciwko mnie idzie Marek Grechuta. Nogi się pode mną ugięły, ponieważ kiedy on zaczynał śpiewać, ja wchodziłam w wiek dojrzewania i takie refreny, jak "weź to serce, wyjdź na drogę" zwalały mnie na kolana. Nagle stanął przede mną i zapytał: "Pani jest aktorką? Tak. Czy pani śpiewa?" "No, nie wiem, śpiewałam tylko na studiach". "A może pani ze mną pójść na chwileczkę do instrumentu?" Zagrał mi cztery akordy. Ja je powtórzyłam. A on: "Będzie pani śpiewała w Opolu na festiwalu". I poszedł. Potem ściągnął mnie do Krakowa na próby. W Opolu po raz pierwszy śpiewałam przez mikrofon. Bardzo się tam mną zajmował. Jak to panu opowiedzieć... Ja się w nim po prostu śmiertelnie kochałam. To było coś nadzwyczajnego, nie dość, że bóstwo się zmaterializowało, to jeszcze pogłaskało po głowie.

W 1977 r. na scenie opolskiego amfiteatru Marek Grechuta rządził i dzielił. Zdobył Grand Prix za piosenkę "Hop - szklankę piwa" i Nagrodę Dziennikarzy za słowa i muzykę "Gumy do żucia", zaśpiewanej przez Krystynę Jandę.

- Urządziliśmy wtedy drobny bankiet z okazji dziesięciolecia naszych występów na scenie - wspomina Maryla Rodowicz. - Zamknęliśmy restaurację i zaprosiliśmy wszystkich wykonawców festiwalu. Marek nigdy nie brał udziału w nocnych imprezach, orgiach i szalonych libacjach. Nikt, kto go zna, nie nazwałby go duszą towarzystwa. Zawsze był skupiony, raczej milczący, zwrócony do środka. Ale wtedy przyszedł i było bardzo, bardzo wesoło.

Światło i upór

- Po "Gumie do żucia" telewizja proponowała mi kolejne programy muzyczne - mówi Krystyna Janda. - Któregoś dnia Mariusz Walter, mój szef w telewizji, powiedział, że jeśli chcę, mogę sama wybrać repertuar. Byłam wtedy oczarowana erotykami Leśmiana i poprosiłam Marka, żeby napisał do nich muzykę.

Wydana w 1984 r. płyta "W malinowym chruśniaku" była kolejnym wielkim sukcesem Grechuty, artystycznym i komercyjnym. Podobnie jak wcześniejsze "Śpiewające obrazy" (1982) czy późniejsze albumy: "Wiosna - ach to ty" (1986), "Krajobraz pełen nadziei" (1989). Krytyków zadziwiał muzycznymi poszukiwaniami, a swoich wielbicieli umacniał w przekonaniu, że warto cierpliwie czekać na nowe utwory.

"Z mojego punktu widzenia prawdziwa kariera nie może być zawrotna - pisze dziś w e-mailu Marek Grechuta. - Jeżeli coś ma się dziać szybko, to i szybko się kończy. Aby coś stało się sztuką, musi być dopracowane, przemyślane i obudowane swoistym światłem. Ja swoją pierwszą płytę nagrałem dopiero w trzecim roku działalności estradowej. Dzisiaj często słyszę o takich fenomenach, że "artysta" zaczyna karierę od nagrania płyty, czyli powiedział coś, zanim pomyślał. Dlatego zazwyczaj jest to bezmyślne naśladownictwo, a więc nic oryginalnego. Dlatego zazwyczaj kończy się, zanim zaczęło. Myślę, że i dziś, chociaż warunki są zupełnie inne, obowiązuje ta żelazna zasada - chcąc coś znaczyć, trzeba wiedzieć, co chce się powiedzieć, i uparcie dążyć do celu. Ale nie za wszelką cenę".

Przed siedmioma laty o rodzinie Grechutów zrobiło się głośno, kiedy media podały, że zaginął syn artysty, 27-letni Łukasz, absolwent krakowskiej ASP. Wcześniej zostawił wiadomość, że chce przemyśleć parę spraw. Wrócił po półtora roku.

- Teraz już jest dobrze i nie ma co do tego wracać, ale to były najdłuższe tygodnie w ich życiu - twierdzi Magda Umer.

- Niektóre gazety podały, że trafiłem do sekty satanistów - mówi dziś Łukasz, który wyjątkowo zgadza się na krótką rozmowę. - Nie chce mi się nawet tego komentować. Nie przypuszczałem, że dla zdobycia paru groszy można tak żerować na cudzym życiu. Niech pan nie drąży tej historii, bo znowu zlecą się sępy.

- Syn ma serdecznie dość szumu wokół swojej osoby - przyznaje pani Danuta. - My z mężem też. Nagle okazało się, że ta sprawa jest najważniejsza w całym życiu Marka. Część dziennikarzy próbowała wpaść na trop afery, wypisując bzdury. Wolelibyśmy, żeby nikt o tym nie pamiętał. Wtedy zdecydowały emocje. Ze strachu o życie Łukasza puściły nam nerwy.

W 2001 r. Marek Grechuta dostał specjalnego Złotego Fryderyka. Ostatnią jego płytą są wydane przed dwoma laty "Niezwykłe miejsca". Niektórzy zarzucali artyście, że mało na niej śpiewa, więcej recytuje, ale on nie zgadzał się z tymi opiniami. Ten album to dla niego mapa ukochanych zakątków. Sydney, Paryż, Ateny, Wenecja, Sozopol i Nowy Jork. Zamość, Kazimierz Dolny, Zakopane, Lanckorona i oczywiście Kraków, o którym w 1999 r. śpiewał wspólnie z grupą Myslowitz. Nie znał wcześniej ich muzyki, ale nawet wierni fani śląskiego zespołu przyznawali, że utwór w nowej aranżacji, przygotowanej przez Grechutę, brzmi znacznie ciekawiej niż oryginał. Po raz kolejny potwierdziło się, że króla poezji śpiewanej słucha także młodzież. Ale i dziś wystarczy wejść do Internetu, by znaleźć setki takich wpisów: "Mam 20 lat, a Grechutę pokochałam, mając 9. To był trudny okres, bo musiałam iść do szpitala na kilka miesięcy. Moja starsza siostra dała mi w drodze do szpitala walkmana, w którym była jego kaseta, żeby mi nie było tak strasznie smutno i pusto. Pokochałam ją i od tego czasu pan Grechuta i jego muzyka dużo dla mnie znaczą, a im jestem starsza, tym bardziej doceniam piękne teksty jego piosenek. Wszystkiego najlepszego panie Marku i dziękuję za wsparcie w trudnych chwilach mojego życia".

- Marek zawsze potrafił głosem, tekstem, melodią wyrażać rzeczy nieuchwytne - mówi Maryla Rodowicz. - Nie śpiewał wyzwoleńczych songów, wszystko u niego było delikatne i ulotne. Wrażliwi ludzie, a jest ich niemało, szukają tego rodzaju muzyki, bo potrzebują czegoś więcej niż tylko obejrzeć kolejny damski czy męski pępek.

- To, co mnie w Grechucie najbardziej zdumiewa, to niesłychana konsekwencja - wyznaje Jan Kanty Pawluśkiewicz. - Kiedy stanął w piwniczce domu studenckiego i wykonał pierwszą piosenkę w naszym kabareciku, i potem, przez te trzydzieści z górą lat zawsze śpiewał tak samo. Gdy próbowaliśmy go namawiać, żeby poszedł na lekcje śpiewu, bo mu gardło wysiądzie, albo na zajęcia z choreografii, bo wszyscy szaleli wtedy na scenie, kiwał głową, ale wiadomo było, że niczego nie chce zmieniać. Że jest pewien tego, co robi. Dziś nie znajduję dla niego innego słowa niż geniusz.

- Mam w samochodzie jego płyty z piosenkami mniej i bardziej znanymi - dodaje Janda. - Wożę je ze sobą na czarne godziny. Jest coś takiego w barwie głosu Marka, że uspokaja i utula. Ale kiedy słucham: "tyle było dni do utraty sił, do utraty tchu tyle było chwil...", nie umiem powstrzymać łez. Bo to dzięki Markowi było tyle pięknych chwil.

KRZYSZTOF FEUSETTE