czwartek, marca 02, 2006

Kłopot z Judaszem

rzeczpospolita 25/2/2006

LUSTRACJA
Kłopot z Judaszem

Gdyby Ewangelię poddać antylustracyjnej cenzurze, nie pojawiłby się w niej ani Judasz, ani święty Piotr, który przecież trzykrotnie zdradził, zanim stał się opoką, na której zbudowano Kościół. Prawda nie zaszkodziła wówczas Kościołowi. Czy zaszkodzi mu teraz? I czy jego najnowszą historię trzeba będzie napisać na nowo?

Dyskusję o lustracji w Kościele wywołał ks. Tadeusz Isakiewicz-Zaleski
(c) BARTOSZ SIEDLIK

Nie było w PRL grupy zawodowej, która była poddana tak ogromnej presji i inwigilacji jak księża. Bezpieka zaczynała się interesować człowiekiem już w momencie, gdy wstępował do seminarium. Zakładano mu TEOK, czyli teczkę opracowania operacyjnego księdza. Skrupulatnie gromadzono w niej wszystkie informacje. W odpowiedniej chwili mogły posłużyć do szantażowania księdza i skłonienia go do współpracy - mówi Marek Lasota, historyk krakowskiego IPN.

Skandal, jaki wybuchł, gdy dawny kapelan nowohuckiej "Solidarności" ks. Tadeusz Isakiewicz-Zaleski zaapelował, by ujawnili się księża, którzy współpracowali ze Służbą Bezpieczeństwa PRL, zatacza coraz szersze kręgi. Po Krakowie rozsyłane są SMS z nazwiskami księży będących rzekomo tajnymi agentami SB.

- Arcybiskup Dziwisz powiedział, że smutno mu, że wśród tajnych współpracowników mogą się znaleźć jego przyjaciele. Ale zaczął brać pod uwagę taką możliwość - ujawnia "Rzeczpospolitej" jeden z krakowskich księży.

Jeszcze do niedawna krakowska kuria metropolitalna odrzucała sugestie, że księża jej diecezji powinni rozliczyć się z przeszłością.

- Spotkałem się z proboszczem katedry na Wawelu księdzem Januszem Bielańskim w obecności arcybiskupa cztery miesiące temu - mówi ks. Zaleski. - Krążyły już plotki, że "Waga" raportująca do SB, kto zamawia mszę za ojczyznę na Wawelu, to właśnie on. Sugerowałem księdzu Bielańskiemu, że powinien zwrócić się do IPN. Wyśmiał mnie, powiedział, że to kompletne bzdury.

Dzisiaj wyraźnie przygnębiony ksiądz Bielański mówi, że musi jeszcze przemyśleć, czy powinien starać się o status pokrzywdzonego.

Wątpliwości takich nie ma ksiądz Mieczysław Drozdek, współtwórca sanktuarium na zakopiańskich Krzeptówkach. "Tygodnik Podhalański" napisał o nim, że jako tajny współpracownik o pseudonimie Ewa donosił na Karola Wojtyłę i Stanisława Dziwisza. - Nie byłem tajnym współpracownikiem, więc wystąpię do IPN. Jestem kolejną ofiarą nagonki. A sprawami księży powinna zajmować się kuria - mówi "Rzeczpospolitej" ks. Drozdek. - Kościół jest instytucją bosko-ludzką. Rzeczą ludzi jest niekiedy błądzić. Niektórzy nie rozumieją, że siła mądrego i świętego Kościoła polega na przebaczaniu.

Uśpione sumienia

Kiedy parę lat temu prof. Ryszard Terlecki chciał pracować nad dokumentami komunistycznej bezpieki, musiał iść do krakowskiej siedziby UOP. Przyjmował go archiwista. Sympatyczny pan, chętnie konwersujący o pogodzie, był dawnym pułkownikiem komórki D IV Wydziału MSW. Jeśli w mrocznej instytucji, jaką była SB, istniało jądro ciemności, to była nim niewątpliwie komórka D. Zajmowała się dezinformacją, a nawet fizycznym unicestwianiem księży.

Do niedawna dostęp do dokumentów SB był trudny nawet dla zawodowych historyków. Utworzenie IPN - którego szefem w Krakowie jest właśnie profesor Terlecki - wszystko zmieniło. Zaczęły się też znajdować materiały, których miało nie być, jak choćby kaseta z filmem z wizji lokalnej dokumentującej pobicie księdza Zaleskiego przez "nieznanych sprawców".

- Kościół został zaskoczony sytuacją, w której dawni działacze "Solidarności" odbierający swe teczki z IPN mogą przeczytać, co robili księża. Pewnych rzeczy nie można już zamieść pod dywan - mówi jeden ze znanych krakowskich kapłanów. I przytacza żartobliwie powiedzenie, jakie krąży w jego środowisku: Dlaczego Kościół przez prawie 20 lat nic nie zrobił w sprawie rozliczenia księży? Cóż, to w końcu tylko 20 lat w dwutysięcznej historii Kościoła...

Środowisko księży niejednoznacznie odnosi się do lustracyjnej inicjatywy ks. Zaleskiego. Młodzi księża i klerycy wysyłają mu e-maile, że solidaryzują się z nim i nie chcą, by ich przełożonymi byli ludzie, którzy zdradzili Kościół i Polskę. Starsi często uważają, że niepotrzebnie rozgrzebał drażliwy temat. Niekiedy sugerują nawet, że jest osobą niezrównoważoną i niewiarygodną.

Przez wszystkie lata III RP ksiądz Zaleski tylko raz usłyszał od znajomego księdza, że ten donosił i głęboko się wstydzi. - Byłem zdziwiony, że współpracował z SB, bo to przyzwoity człowiek - mówi ksiądz Zaleski. - Zazwyczaj jednak księży nie gnębią specjalne wyrzuty sumienia, w końcu to zawodowcy od sumienia, wyszukiwania wybiegów i usprawiedliwień, kazuistyki.

Ostatnio ks. Zaleski często wspomina swój pobyt w Rzymie parę lat temu. Jan Paweł II musiał się wówczas uporać z aferą pedofilską w Stanach Zjednoczonych. Powiedział w obecności kardynałów, że najważniejsza jest cnota chrześcijańska. Ale jeśli ludziom Kościoła cnót chrześcijańskich nie starcza, to musi być powiedziana o tym cała prawda.

Tylko dla dobra Kościoła

Wielu tajnych współpracowników zwerbowanych wśród księży wypierało ze swej świadomości fakt, że łamią zasady moralne i szkodzą Kościołowi.

- Funkcjonariusze bezpieki zapewniali ich, że chodzi im o to, by stosunki między państwem a Kościołem układały się dobrze. Mówili: wie ksiądz, są u was czarne owce, które sieją niepokój, dążą do konfliktów, zamieszek. My chcemy jak najlepiej. Ksiądz nam w tym pomoże - opowiada prof. Ryszard Terlecki, szef krakowskiego IPN.

Uśmiechając się gorzko, mówi, że niektórzy tajni współpracownicy, świadczący przez długie lata nieocenione usługi IV Departamentowi Służby Bezpieczeństwa byliby szczerze oburzeni, gdyby nazwać ich donosicielami.

- Przecież oni tylko otwierali Kościół na ożywcze prądy Soboru Watykańskiego II. Albo wręcz przeciwnie, dbali, by doktryna Kościoła nie uległa wypaczeniu. Starali się wpłynąć na działania kurii. Oczywiście wszystko w trosce o dobro Kościoła. Może nawet niektórym udało się w swe szlachetne motywy uwierzyć.

Czytając akta, historycy trafiają na sprawy, które mogłyby zainteresować psychologów. Złamany szantażem były akowiec zostaje w latach pięćdziesiątych tajnym współpracownikiem. Współpracuje niechętnie, przekazywane informacje nie mają żadnej wartości. Bezpieka nie ma z niego pożytku, rezygnuje ze współpracy. Aż tu nagle pewien zdolny oficer po wielu latach dochodzi do wniosku, że w przekreślonym TW jest ukryty potencjał. I rzeczywiście. Tajny współpracownik "Marecki ", świecka osoba związana z Kościołem, nieoczekiwanie zachowuje się, jakby odkrył swe powołanie. Gorliwie składa wyczerpujące raporty, zarówno o "Tygodniku Powszechnym", gdzie pracuje jako dyrektor administracyjny, jak i kurii metropolitalnej, w której też zajmuje stanowisko.

Najbardziej mroczna historia związana jest jednak z pewnym wywodzącym się z arystokratycznej rodziny zakonnikiem, mającym znakomite kontakty nie tylko w Kościele, ale i wśród krakowskich elit.

- Kompletnie utożsamił się ze Służbą Bezpieczeństwa - mówi historyk IPN Marek Lasota. - Był bezcennym źródłem informacji. Wydaje się, że wręcz upajał się swoją zdradą, czuł się jak James Bond wypełniający ważne zadanie. Bezpieka ufała mu całkowicie. To rzecz bez precedensu, dano mu do dyspozycji środki operacyjne, możliwość zakładania podsłuchów.

Żyletki Wojtyły

Kwestionariusz pytań dotyczących kardynała Wojtyły, które SB zadawała swoim tajnym współpracownikom, był niezwykle wyczerpujący. Niektóre są oczywiste - jaki jest jego stosunek do ZSRR. Ale pojawiały się też takie, których sens jest zagadkowy - jakiej marki żyletek używa Wojtyła?

- Każda informacja, którą przekazywał tajny współpracownik, miała znaczenie. Teraz uspokajają oni swoje sumienie, powtarzając jak mantrę, że nie mówili nic istotnego. To iluzja - podkreśla Marek Lasota, historyk IPN zajmujący się tematem inwigilacji krakowskiej kurii.

Pozornie błahe informacje układały się jak puzzle. Powstawał portret figuranta. Otwierały się możliwości operacyjne - szantażu, a niekiedy nawet fizycznego unicestwienia niepokornego księdza.

Najcenniejsze informacje mogli oczywiście przekazywać księża ulokowani w kurii lub mający do niej nieformalne dojścia. Jeśli okazywało się, że ksiądz niewiele wie, nie wychyla nosa za swoją parafię, bezpieka rezygnowała ze współpracy. Tak było przynajmniej do lat osiemdziesiątych.

- Wtedy sytuacja się zmieniła. Zaczęto wciągać do współpracy księży, którzy naprawdę nie mieli pojęcia, co dzieje się w hierarchii kościelnej. Ale chodziło o to, by ich "zlojalizować ", jak to określano. Czyli złamać, upodlić - mówi prof. Terlecki.

Mechanizm wciągania do współpracy był prosty i opierał się na ciągłym nękaniu księdza. Szczególnie podatni okazywali się proboszczowie wiejskich parafii. - Na plebanii pojawiał się funkcjonariusz SB i chciał uzyskać jakieś informacje. Ksiądz mówił, że nic nie wie. Ale częstował herbatą - opowiada Ryszard Terlecki. I już w raporcie esbek pisał, że podano mu herbatę. Pojawiał się sygnał, że ksiądz nie jest nastawiony zdecydowanie wrogo.

Przy kolejnej wizycie esbek znów dostawał herbatę. Kontakty towarzyskie proboszcza na wsi są dość ograniczone. Wizyty sympatycznego człowieka, który przychodził wypić herbatę, kawę, czasem jakiś koniaczek i trochę porozmawiać, stawały się przyjemnym urozmaiceniem. Pojawiała się nić sympatii. Cały czas ksiądz trwał w przeświadczeniu, że nie robi nic nagannego. Przy kolejnej wizycie padało jakieś pytanie. Trudno odmówić znajomemu, który pyta o sprawy - jak mogło się wydawać - nie tak istotne. A jeśli udzieliło się już jednej informacji, to następnym razem nie ma powodu, by milczeć.

Nie zawsze ksiądz zostawał tajnym współpracownikiem. Czasem był "kontaktem operacyjnym". Oswojonym przez SB, choć nie zawsze świadomym do końca swej sytuacji źródłem informacji.

Worek, korek i rozporek

Kiedy w wypadku drogowym uczestniczył ksiądz, drogówka z reguły zawiadamiała SB. Znalezienie haka na księdza mogło skłonić go do współpracy.

- Znajomy ksiądz opowiedział mi, że w latach osiemdziesiątych rozbił auto. Jego wina była oczywista, prowadził po pijanemu - mówi jeden ze znanych krakowskich księży - powiedziano mu, że nie tylko nie zabiorą mu prawa jazdy, ale nawet nie dostanie mandatu, jeśli oczywiście podpisze zobowiązanie współpracy. Natychmiast wyspowiadał się kardynałowi Macharskiemu. Kardynał nałożył na niego kary kościelne i przeniósł na inną parafię. Możliwości szantażu zostały przecięte.

Już w 1973 roku kardynał Wojtyła wystosował do księży i kleryków rozporządzenie, zgodnie z którym mieli informować swych przełożonych o każdym wezwaniu na milicję, a także o treści rozmów z organami władzy. Nie wszyscy księża się do niego stosowali.

- W polskim Kościele dystans między biskupem a księdzem jest bardzo duży. Może gdyby biskupi mieli do księży stosunek bardziej ojcowski, częściej wyznawano by im pewne rzeczy - uważa ksiądz Zaleski - chociaż jeśli przedmiotem szantażu byłby homoseksualizm, księża zawsze milczeliby jak zaklęci.

- Worek, korek i rozporek. Ta formuła bezpieki określała sposoby szantażowania księży. Łapano ich na problemy finansowe, mogły to być na przykład kupione na lewo materiały na budowę kościoła. Idealnym punktem wyjścia do werbowania były sprawy obyczajowe, a także wypadki spowodowane po pijanemu - mówi Marek Lasota. Często nie trzeba było szantażu, byskłonić księdza do współpracy. Klasycznym sposobem były wszelkie sytuacje, w których ksiądz starał się załatwić jakieś sprawy urzędowe. Słyszał często: oczywiście, możemy załatwić materiały na budowę kościoła, ale ksiądz też musi nam pójść na rękę. Wielu wpadało w sidła SB, starając się o paszport dla siebie lub swoich wiernych jadących na pielgrzymkę. Szczególnie bogate żniwo Służba Bezpieczeństwa zbierała, gdy papieżem został Karol Wojtyła i polscy księża masowo zaczęli jeździć do Rzymu.

- Bardzo często ksiądz nie musiał podpisywać deklaracji współpracy, odstępowano od tego powszechnie w latach osiemdziesiątych - mówi prof. Terlecki. - Najbardziej szkodliwi byli zresztą nie tajni informatorzy, ale agenci wpływu. Uplasowani wysoko w hierarchii kościelnej, rozgoryczeni pominięciem w awansach, kierowani ambicjami, byli najgroźniejsi.

Jak ksiądz Robak

Stanisław Handzlik, jeden z założycieli nowohuckiej "Solidarności" długo był przeciwny lustracji.

- Przyjąłem kiedyś argumenty Krzysztofa Kozłowskiego. Zapewniał nas, jak sądzę szczerze, że zasoby archiwalne pozostałe po SB są małe, zachowało się może piętnaście procent, a ich wiarygodność jest wątpliwa.

Kilkanaście lat później Handzlik i jego koledzy postanowili ujawnić wszystkich tajnych współpracowników, którzy działali w ich środowisku. - Nad przeszłością chciano zatrzasnąć wieko trumny. Zabetonować ją. Ale ona gniła, a smród docierał aż do naszych domów - mówi Handzlik.

Plotki i pomówienia sprawiały, że dawni przyjaciele i patrzyli na siebie podejrzliwie. Rozsądek dyktował jedyne wyjście - ubieganie się w IPN o status pokrzywdzonego. Im więcej osób odbierało swoje akta, tym więcej danych o tajnych współpracownikach pojawiało się w środowisku dawnych działaczy "Solidarności". W końcu postanowili ujawnić agentów - zaapelowali przy tym publicznie o to, by w ciągu trzydziestu dni sami się przyznali.

- Nasza inicjatywa spodobała się księdzu Zaleskiemu. Zadeklarował, że nam pomoże. Wielu katolikom łatwiej porozmawiać z księdzem niż ze swoimi kolegami. Ksiądz zna mizerię ludzką.

Sensacja wybuchła, gdy ksiądz Zaleski w błyskach fleszy i przy włączonych kamerach telewizyjnych zaapelował, by ujawnili się też tajni współpracownicy zwerbowani wśród księży. Przełamał pewne tabu. - Ksiądz Tadeusz ma temperament opozycjonisty. Ciągle walczy, by świat uczynić czystym. No i płynie w nim gorąca ormiańska krew. Jest teraz niepokorny wobec kościelnej hierarchii. Kiedyś ostro pyskował przeciwko komunie - uśmiecha się Handzlik - jest też bezwzględny wobec występku i fałszu. Ale ma gołębie serce wobec słabszych, zajmuje się przecież niepełnosprawnymi umysłowo w swej Fundacji Brata Alberta.

Przyznanie się do winy, pokuta, a w końcu przebaczenie wypływają z tradycji chrześcijańskiej. Także dlatego dawnej "Solidarności" z Nowej Huty zależy, by tajni współpracownicy sami się ujawnili. A potem należy precyzyjnie ustalić, jak bardzo byli winni.

- Zdrajca zdrajcy nierówny. Jeden zasługuje na potępienie, ogień piekielny, bo przez długie lata donosił na kolegów. Inny podpisał deklarację współpracy, ale spotkał się tylko parę razy z esbekiem, niewiele powiedział. Może się oczyścić. Wybaczenie jest możliwe. Kiedy rozmawiałam z Handzlikiem w jego krakowskim mieszkaniu, zadzwonił telefon. - Widzisz Stasiu, dobrze zrobiłeś. Byłbyś w o wiele gorszej sytuacji. Ludzie by tobą pogardzali. A tak możemy rozmawiać. Powoli się wszystko ułoży - mówił do słuchawki Handzlik.

Telefonował Stanisław Filosek, pseudonim Kałamarz. Na razie jedyny spośród działających w dawnej Hucie im. Lenina tajnych współpracowników, który się przyznał. Teraz jego koledzy z "Solidarności" starają się go wspierać.

W Nowej Hucie dużo się mówi o pewnym przykładzie odkupienia win współpracy z komunistycznym reżimem.

- Ksiądz Józef Gorzelany był uwielbiany przez ludzi. Kiedy umarł, w kondukcie pogrzebowym odprowadzały go tysiące. Potem okazało się, że w latach pięćdziesiątych nie miał czystej karty. Ale pod wpływem Wojtyły zmienił się, z determinacją walczył o wybudowanie kościoła w Nowej Hucie. I powstała Arka Pana. Był jak ksiądz Robak, zmienił się i odpokutował swe winy. Teraz ludzie uważają, że mimo wszystko zasługuje na nazwanie jego imieniem jakiegoś placu.

Świństwa poza rejestrem

- Mediom trzeba tematów, które się dobrze sprzedają. Sensacji, tytułów na pierwszą stronę. Księża, którzy współpracowali z SB, doskonale się do tego nadają - ironizuje Krzysztof Kozłowski, zastępca redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego".

Zamieszanie wokół lustracji Kościoła wyraźnie go dziwi: - Świadomość korporacyjna jest w Polsce powszechna, pewne środowiska nie lubią, gdy grzebie się w personaliach i ocenia życiorysy. Nie oczyścił się wymiar sprawiedliwości, nie rozliczyły swoich pracowników wyższe uczelnie, dlaczego więc oczekujemy, że zrobi to Kościół?

Z pewnym dystansem spogląda też na motywy, które kierują księdzem Zaleskim. - Ksiądz Tadeusz to świetny człowiek. Tygodnik przyznał mu Order św. Jerzego. Ale nie ulegajmy nadmiernym emocjom. Rzucając swoje oskarżenia, Zaleski nie opiera się na dokumentach, które dostał z IPN. Są w nich zaledwie dwa pseudonimy, za którymi kryją się kleryk i jeden ksiądz. Tymczasem Zaleski uogólnia, mówi o księżach, którzy współpracowali z SB, a potem wysoko awansowali w hierarchii kościelnej. Trochę tak, jakby miał żal, że sam nie awansował.

Wykaz tajnych współpracowników działających w Kościele nie wyczerpuje istoty problemu. Nie będzie w nim hierarchów, prałatów, bo z nimi bezpieka obchodziła się w rękawiczkach. Zresztą nie trzeba było być zarejestrowanym współpracownikiem, żeby robić świństwa. Poza tym koncentrujemy się ciągle na współpracownikach, zapominając o funkcjonariuszach SB, czy wreszcie aparacie partyjnym, który ich zadaniował.

Stanowisko "Tygodnika Powszechnego" jest niezmienne - list agentów nie należy publikować. IPN ma opracowywać monografie poszczególnych zagadnień, np. SB a środowiska solidarnościowe czy SB a Kościół.

- Chcieliśmy, by na 60-lecie "Tygodnika Powszechnego" powstało opracowanie dotyczące naszego pisma. Nie ukrywam, że oczekują tego zarówno nasi przyjaciele, jak i wrogowie. Kościół to przecież nie tylko księża, lecz i skupione wokół niego środowiska świeckie - mówi Kozłowski.

Zapewnia, że chętnie przeczytałby, co historycy znaleźli w aktach bezpieki o dziennikarzach i pracownikach tygodnika. - Sprawdziłbym, czy czegoś nie zaniedbałem. Bo to ja przez lata byłem w tygodniku od brudnej roboty. Dbałem o bezpieczeństwo i oczywiście musiałem rozmawiać z esbekami. Niektóre rzeczy były oczywiste. Przy Tadziu Nowaku, naszym dyrektorze administracyjnym, nie poruszaliśmy pewnych tematów. Ale może są w dokumentach pewne niespodzianki.

Odpowiedź na dręczące go wątpliwości mógłby oczywiście znaleźć znacznie wcześniej, gdy był ministrem spraw wewnętrznych. - Trudno uwierzyć, ale nie zaglądałem do akt, w których mogły być informacje o moich znajomych. A jeśli chodzi o Kościół, to nie oczekujmy, że nastąpi w nim rewolucja moralna. Powstanie komisja "Pamięć i troska" powołana przez kurię. Będzie pracować. Ale czy otrzymamy jakiś raport? Nie wiem.

Kuszenie świętego

Przez wiele lat bezpieka nękała krakowskiego biskupa Jana Pietraszko. Próbowała znaleźć w nim jakieś słabości. Nie znalazła. Zaczęła urządzać prowokacje. Chybiały celu, podobnie jak wszelkie próby werbunku. Z raportów SB na temat biskupa Pietraszko wyziera absolutna bezradność.

Kiedy zaczął się proces beatyfikacyjny, postulator przesłał akta do Rzymu. Ostatecznie okazało się, że SB pracowała na użytek uznania biskupa za błogosławionego, weryfikując jego cnoty moralne.

Historycy nie mają wątpliwości. W archiwach IPN znajduje się wiele interesujących materiałów, które w końcu ujrzą światło dzienne. Inaczej spojrzymy wtedy na niektórych księży i osoby świeckie związane z Kościołem. Na niektóre padnie cień, inne zaczną świecić nowym blaskiem.

Szef krakowskiego IPN, profesor Ryszard Terlecki, robi co może, by nie odpowiedzieć na moje pytanie: czy zasoby archiwalne IPN interesowały do tej pory nie tylko historyków kościelnych, ale i kurię metropolitalną.

- Oczywiście, gdy powstał IPN, zgłosiliśmy się do kurii archidiecezji krakowskiej, informując, że mamy dużo materiałów IV Departamentu MSW - mówi dyplomatycznie Terlecki. Nie bardzo też chce odnieść się do krążącej po Krakowie opinii, że niewielu księży występuje o status pokrzywdzonego.

- Najłatwiej teraz uderzyć w Kościół. Jest bezbronny - uzasadnia swą powściągliwość. - Gdyby pani napisała o adwokacie, prokuratorze czy pani sędzi, że był tajnym współpracownikiem, nie wyplątałaby się z procesów. I nawet gdyby miała pani rację, mogłaby przegrać. A Kościół najwyżej wyda oświadczenie.

Nie ma jednak wątpliwości, że smutna prawda o pewnych ludziach Kościoła i tak wyjdzie na jaw.

- Jeśli ktoś uważa, że nie ma dowodów, iż współpracował z SB, bo nie podpisał deklaracji albo spalono ją przy nim w popielniczce czy nawet oddano mu akta do domu, jest w błędzie. System produkował wiele kopii i odpisów - mówi Ryszard Terlecki.

Obraz Kościoła jako całości nie powinien jednak ucierpieć. Od dawna historycy mówią, że z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa współpracowało najwyżej piętnaście procent księży. Te dane raczej się nie zmienią.

A jeśli weźmiemy pod uwagę, że wśród dwunastu apostołów wybranych przez samego Jezusa znalazł się Judasz, a i święty Piotr miał swą chwilę słabości, to ta statystyka nie powinna nas szokować.

MAJA NARBUTT