poniedziałek, maja 22, 2006

Tajemnica zła, potęga dobra

rzeczpospolita 18/05/2006

W teczkach SB są liczne przykłady moralnego upadku, ale też bez porównania liczniejsze - odwagi i prawości
Tajemnica zła, potęga dobra

W klasztorze w Tyńcu ulokowany był agent komunistycznej bezpieki, który przez lata doradzał, jak zwalczać Kościół, i był ogniwem siatki, która miała osaczyć Karola Wojtyłę

JAROSŁAW GOWIN
(c) ALEKSANDER PIENIEK

W sierpniu 1963 roku do o. Piotra Rostworowskiego, opata tynieckich benedyktynów, przyszło troje zrozpaczonych ludzi: czeskie małżeństwo z kilkunastoletnią córką. Mąż, wtrącony do więzienia ze względów politycznych, zdołał wiele lat wcześniej uciec i przez zieloną granicę przedostać się na Zachód. Teraz, z paszportem amerykańskim w ręku, przyjechał do Polski, by spotkać się z żoną i córką i podjąć próbę wydostania ich zza żelaznej kurtyny. Za radą czeskiego zakonnika zwrócili się o pomoc do o. Rostworowskiego.

Ten nie wahał się długo. Ukrył obie kobiety (mężczyzna musiał wkrótce wracać do Stanów) u znajomych i rozpoczął poszukiwania statku, który nielegalnie wywiózłby je do Szwecji. Pierwsza próba nie udała się - kapitan wycofał się w ostatniej chwili. Udało się znaleźć innego chętnego i po trzech latach życia w ukryciu kobiety poszły na pokład statku. Tam czekali na nie oficerowie SB. Matka nie przeżyła więzienia. Córkę umieszczono w domu dziecka, już nigdy nie zobaczyła swojego ojca. Tyniecki opat trafił na cztery lata do więzienia, wyroki posypały się na rodziny, u których ukrywały się niedoszłe uciekinierki.

JADY DONOSÓW

Dziś dopiero, dzięki archiwom IPN, można odpowiedzieć na pytanie, jak SB wpadła na trop Czeszek. W klasztorze tynieckim ulokowany był jeden z najcenniejszych agentów komunistycznej bezpieki. Przez wiele lat pisał raporty, doradzał, jak zwalczać Kościół, donosił na osoby, które mu zaufały. Dla SB był tym cenniejszy, że stanowił ważne ogniwo siatki, która miała osaczyć osobę szczególnie z punktu widzenia reżimu niebezpieczną - Karola Wojtyłę.

Głośna książka Marka Lasoty "Donos na Wojtyłę" przynosi sumę wiedzy, jaką na podstawie esbeckich teczek zdołano do tej pory zdobyć na tematakcji komunistycznych władz wymierzonych w przyszłego papieża. Pierwsze ślady zainteresowania osobą młodego księdza pochodzą z roku 1946, ostatnie raporty powstawały jeszcze w roku 1990.

Krakowski historyk opisuje metody działania bezpieki, pokazuje ponury system zła, jaki stworzono, by zniszczyć Kościół i zdławić wszelkie przejawy niezależnego życia. To pouczająca lektura zwłaszcza dla tych, którzy tamtych czasów nie pamiętają, a których często karmi się opiniami bagatelizującymi zło komunizmu.

Aby system represji funkcjonował sprawnie, potrzebował informatorów i agentów. Tych ostatnich używano do przeprowadzania prowokacji, do wpływania na decyzje i sposób działania osób czy środowisk rozpracowywanych przez SB, do prób ich skłócania, jak było to w przypadku rzekomego konfliktu między kardynałem Wojtyłą a prymasem Wyszyńskim. Z książki wyłania się plejada najważniejszych agentów ulokowanych w kręgach krakowskiego duchowieństwa i laikatu. Lasota nie ujawnia nazwisk kryjących się za pseudonimami i powstrzymuje się od komentowania gorących sporów, jakie towarzyszą ujawnianiu zawartości teczek. Ale lektura tej mądrej i wyważonej książki pozwala na sformułowanie paru generalnych wniosków na temat lustracji.

Po pierwsze takiego, że archiwa tajnej policji komunistycznej są niezbędnym źródłem wiedzy o czasach PRL. By była to wiedza wiarygodna, trzeba pamiętać, że informatorzy SB koncentrowali się na wszystkim, co stawiało osoby rozpracowywane w niekorzystnym świetle, powtarzali bezpodstawne plotki, przypisywali innym intencje, które przyświecały im samym: chęć zysku, pogoń za karierą, podłość, wiarołomstwo. Teczki trzeba więc studiować z pomocą odpowiednich "filtrów", konfrontować z innymi źródłami i świadectwami, weryfikować. Tylko w ten sposób z zatrutych jadów donosów możemy wydestylować kroplę prawdy.

POLSKA RACJA STANU

Książka Lasoty przynosi też potwierdzenie innego argumentu za lustracją: jej przeprowadzenie to kwestia polskiej racji stanu. Oto na przykład przy okazji pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w stosunkowo wąskim kręgu krakowskiego duchowieństwa, Klubu Inteligencji Katolickiej, "Tygodnika Powszechnego", Znaku czy duszpasterstwa akademickiego tajne służby uruchomiły 480 informatorów i agentów. Jeśli ktoś w roku 1979 działał w duszpasterstwie akademickim, to dziś jest u szczytu kariery zawodowej. Może być wpływowym politykiem, opiniotwórczym dziennikarzem czy intelektualistą, cieszącym się powszechnym szacunkiem duchownym.

Część z ich teczek znajduje się w rękach dawnych oficerów SB. Z pewnością zaś ich komplet jest pieczołowicie przechowywany gdzieś za naszą wschodnią granicą. Byli agenci, którzy dzisiaj odgrywają ważną rolę w życiu publicznym, są łatwymi ofiarami szantażu i zapewne nigdy nie dowiemy się, ile z kolejnych wojen na górze, które tak niszczą polską politykę, to efekt działań dawnych współpracowników SB.

Formułując takie przypuszczenia, nie uniknie się zarzutu ulegania spiskowej wizji historii. Ale książka Lasoty pozwala obalić inny z mitów: o rzekomej wszechwiedzy i wszechwładzy bezpieki. Istotnie, w wielu sprawach dysponowała szeroką wiedzą, a stopień infiltracji kręgów katolickich (i duchownych, i świeckich) w niektórych przypadkach szokuje. Zarazem jednak archiwa IPN pokazują, jak wielka była skala odrzucenia systemu, jak bezradne były tajne służby tam, gdzie natrafiały na opór. Jeśli - jak się szacuje - ok. 10 procent duchownych podjęło jakieś formy współpracy, to znaczy, że 90 - aż 90! - procent oparło się naciskom, szantażom, groźbom, pokusom. Wiedza o człowieku, jaką odsłaniają teczki, każe się zastanowić nad tajemnicą zła, ale też uwypukla potęgę dobra!

To ostatni z mitów, którym przeciwstawia się książka Marka Lasoty. Nie jest tak, że lustracja to pożywka dla tych, którzy znajdują przyjemność w nurzaniu się w ludzkiej małości. Teczki zawierają liczne przykłady moralnego upadku, ale też bez porównania liczniejsze -odwagi i prawości.

DWÓCH PROBOSZCZÓW

Tysiące pracowników, informatorów i agentów SB przez kilka dziesięcioleci ze wszystkich sił poszukiwało czegoś, co rzuciłoby cień na Karola Wojtyłę. Bezskutecznie. Zawartość teczek mogłaby służyć za materiał dowodowy w procesie beatyfikacyjnym. Karol Wojtyła był osobą niezwykłą, na miarę stuleci, ale praca krakowskiego historyka pokazuje inne przykłady postaw, które pozwalają odbudować wiarę w człowieka.

Najbardziej poruszająca jest historia dwu kolejnych proboszczów nowohuckiej dzielnicy Bieńczyce. Po 1956 roku władze zgodziły się, by właśnie tam powstał pierwszy kościół w Nowej Hucie - wzorcowym mieście socjalistycznym, z którego wyrugowane miały być wszelkie ślady chrześcijaństwa. Pod koniec lat 50. zgodę jednak cofnięto. Gdy w kwietniu 1960 roku milicja podjęła próbę usunięcia krzyża wkopanego w miejscu, w którym miała powstać świątynia, doszło do krwawych zamieszek.

O sprowokowanie zajść władze oskarżyły miejscowego proboszcza i zmusiły biskupa Wojtyłę, by odwołał go z tej funkcji. Otoczony powszechnym szacunkiem i zaufaniem, pracował w kurii aż do śmierci. Po otwarciu archiwów IPN okazało się, że od 1947 roku był agentem komunistycznych służb, szczególnie dla nich zasłużonym, a zajścia w Nowej Hucie zostały sprowokowane, by uwiarygodnić go w kręgach kurialnych.

Ale cała historia ma inną pointę. Oto nowym proboszczem Karol Wojtyła mianował księdza znanego z ugodowej postawy wobec władz. Szukając śladów inwigilacji przyszłego papieża, Lasota odkrył, że i ten proboszcz był agentem. Ale akta bezpieki pokazały coś więcej. Stopniowo agent zaczyna prowadzić podwójną grę, potem zrywa współpracę i mimo oporu władz doprowadza budowę kościoła do końca. Tak powstała słynna nowohucka Arka Pana, a jej twórca - ks. Józef Gorzelany - zmarł niedawno otoczony szacunkiem i miłością swoich parafian. Niezwykła historia przemiany i nawrócenia. Dla niej jednej warto było otworzyć archiwa komunistycznej tajnej policji.

JAROSŁAW GOWIN, Rektor Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera, senator Platformy Obywatelskiej