piątek, października 13, 2006

Szafa Lesiaka i taśmy prawdy

rzeczpospolita 13 pazdziernika2006
http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/opinie_061013/opinie_a_1.html

Szafa Lesiaka i taśmy prawdy
Wielki skandal, małe słowa

Czym różni się szafa Lesiaka od taśm prawdy? Oceną sprawy zawartą w nazwie. Szafa Lesiaka kojarzy się z czarną teczką Stana Tymińskiego. Ot, jest tam sobie jakiś człowiek z szafą, skądinąd podejrzany, który coś tam ma albo i nie ma. Ale to nic poważnego. Z szafy może najwyżej wyskoczyć kot, kto by się tym przejmował... Co innego taśmy prawdy. To określenie brzmi prawie jak kamienne tablice. Już byliśmy gotowi uwierzyć postmodernistom, że prawdy nie ma, a tu nagle odkryli ją Sekielski z Morozowskim. Nie ulega wątpliwości, że odkrycie prawdy, to fakt przełomowy, od którego powinna się zacząć nowa epoka. Tako rzecze TVN.

opinie_a_1-1.F.jpg
ANDRZEJ WAŚKO, historyk literatury Uniwersytetu Jagiellońskiego, były członek redakcji "Arki" i "Arcanów", kieruje działalnością Inicjatywy Małopolskiej

Pamiętam telewizyjną propagandę z różnych okresów i wiem, co oznacza, jeśli pewnego dnia wszyscy spikerzy zaczynają nagle, jak na komendę, posługiwać się tym samym określeniem jakiegoś kontrowersyjnego tematu. Taki odgórnie ustalony skrót myślowy przez setki i tysiące powtórzeń na antenie ma kształtować społeczną ocenę sprawy, niezależną lub wręcz sprzeczną z jej szczegółami i realiami.

I tak właśnie jest w przytoczonych przykładach. Wykorzystywanie tajnych służb do walki z legalnie działającymi partiami opozycyjnymi - skandal, który w każdej normalnie działającej demokracji wywołałby polityczne trzęsienie ziemi - zostaje przez określenie szafa Lesiaka sprowadzony do rozmiarów mało istotnej anegdoty. Z kolei epizod trywialny, z którego mimo zastosowanej prowokacji nic albo prawie nic nie wynika, zostaje w ciągu kilkunastu godzin rozdęty do rozmiarów politycznego tajfunu. Manipulacja rozpoczyna się od poziomu języka, który służy mediom i politykom do powiększania lub pomniejszania rzeczy - w zależności od potrzeb.

UJAWNIĆ WSZYSTKO?

Jan Rokita żąda odtajnienia całej dokumentacji związanej ze sprawą inwigilacji prawicy. Zgadzam się z tym postulatem, ale pod warunkiem, że odtajnienie będzie następowało stopniowo, w dłuższym okresie. Odpowiedzialność funkcjonariuszy UOP i nadzorujących ich polityków za to, co się działo w 1993 roku, jest oczywista. Ale to, kto i za co konkretnie powinien odpowiedzieć, wprowadza nas w szereg konkretnych sytuacji wymagających prawidłowego zrekonstruowania i właściwej oceny. I na to właśnie komentatorom i opinii publicznej potrzebny jest czas.

Rozumiem, że z punktu widzenia Rokity byłoby najlepiej, gdyby wszystkie papiery z szafy Lesiaka zostały wysypane jednorazowo, najlepiej na jednej konferencji prasowej. Całe ujawnienie można by wtedy ograniczyć w mediach do jednego popołudnia, a następnego dnia rano newsem byłoby już coś innego. Zanim ktokolwiek zdążyłby się zapoznać ze stertą dokumentów, już specjaliści od haseł ukuliby jakiś wygodny slogan podsumowujący i zamykający tę sprawę. Przestrzegam przed taką ucieczką do przodu, która byłaby korzystna wyłącznie dla podejrzanych. Czekaliśmy na konkrety przez wiele lat, więc teraz możemy poświęcić ich analizie jeszcze kilka tygodni.

DLACZEGO ZAWRACANO NAM GŁOWĘ PO-PIS?

Jednorazowe ujawnienie zwiększa możliwość zamknięcia sprawy bez jej rozpoznania i o to chodzi Rokicie. A tak każdy kolejny dokument, każda kolejna parafka i adnotacja "czytałem" uzmysławiają coraz szerszej publiczności, że układ naprawdę istnieje, nie jest tylko wytworem chorej wyobraźni oszołomów.

Do postawienia tego pytania zmusza charakter i natężenie aktualnego konfliktu między niedoszłymi koalicjantami. Prawicowi komentatorzy konstatują - i jest to dość oczywiste - że główni protagoniści sceny politycznej zajmują dziś wobec siebie niemal te same pozycje, na których stali 4 czerwca 1992 roku, w chwili obalania rządu Jana Olszewskiego. Wypada więc zapytać Jarosława Kaczyńskiego, na czym przez kilka ostatnich lat budował swoje zaufanie do liderów Platformy? Jak w ogóle można sobie było wyobrażać, że program likwidacji postkomunizmu da się realizować w koalicji z Tuskiem i Rokitą, należącymi do grona czołowych budowniczych i beneficjentów tego systemu?

Nie sądzę, aby po doświadczeniach lat 90. Jarosław Kaczyński żywił wielkie złudzenia na temat swej postsolidarnościowej wspólnoty z tymi dżentelmenami. Przed- i powyborczy kurs na sojusz z Platformą był jednak z pewnością przez znaczną część polityków i wyborców PiS przyjmowany szczerze, co w świetle późniejszych wydarzeń dowodzi znacznej ich naiwności. Gdyby nadzieje na koalicję miały znamiona realności, nie rozsypałyby się jak domek z kart w ciągu kilku dni i nie mielibyśmy dziś między oboma ugrupowaniami stanu zimnej wojny.

Jednak przywódcy PiS, którzy musieli od początku zdawać sobie sprawę z nikłych szans realizowania swego programu wspólnie z Tuskiem, przez długi czas nie zachowywali się asertywnie. Taktykę partii dostosowano do nastrojów większości, które były stymulowane medialnym obrazem linii podziałów na polskiej scenie politycznej. W obrazie medialnym zasadniczy podział miał przebiegać między obozem postsolidarnościowym a postkomunistycznym. Kaczyńscy wiedzieli, że nie jest to zgodne z rzeczywistością, bo przynajmniej od symbolicznej daty 4 czerwca 1992 roku znaczna część polityków postsolidarnościowych znalazła się w obozie postkomunistycznym. Ta prawda dla opinii publicznej była jednak, i pozostaje, zamazana, a fakt, że PiS w pewnym okresie zrezygnowało z jej akcentowania, dostosowując swoją retorykę do medialnych stereotypów, tkwi u korzeni obecnych kłopotów tej partii.

TOŻSAMOŚĆ PLATFORMY

Z pewnością jest w Platformie wielu takich ludzi, których nie sposób zaliczyć do obozu postkomunistycznego. W Polsce potrzebna jest też partia liberalna, która robiłaby to, co należy do liberałów: walczyła z szalejącą biurokracją, racjonalizowała warunki prowadzenia działalności gospodarczej, reprezentowała interesy tych Polaków, którzy w ostatnich latach wzięli swój los we własne ręce, zakładając prywatne interesy. Rzecz w tym, że Platforma Obywatelska tego wszystkiego nie robi.

Rokowania z PiS rozbiły się o kwestię kontroli nad Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji. Grupę medialnych liderów PO zdaje się interesować tylko naga władza i zemsta ambicjonalna na Kaczyńskich. Są w tym gronie historycy, prawnik, entomolog, nie ma ekonomisty. W kwestiach kulturowych i moralnych stanowisko PO nie różni się na ogół w sposób istotny od stanowiska lewicy. Myśl liberalna leży w PO odłogiem, natomiast spektakularny charakter mają wyprawy do Łagiewnik inspirowane przez obecnych w partii chadeków.

Wspólnym politycznym mianownikiem tego pospolitego ruszenia jest na razie program czysto negatywny, ograniczający się do walki z PiS. PiS, które samo w sobie nie jest formacją jednolitą ideowo, nie stanowi jednak na dłuższą metę zagrożenia dla liberałów czy chadeków. Jest natomiast zagrożeniem dla tych, którym może być nie na rękę usprawnienie wymiaru sprawiedliwości, działalność CBA, lustracja i lustracja majątkowa. Obecne działania Platformy, jako głównego przeciwnika PiS, leżą w interesie tego typu środowisk. PO schodzi tym samym do roli, którą parę lat temu odgrywała Unia Wolności.

Za swoją rolę UW w krótkim czasie zapłaciła całkowitą marginalizacją. Platforma w obecnym kształcie jest na najlepszej drodze do powtórzenia tego scenariusza.

ANDRZEJ WAŚKO